niedziela, 15 września 2013

VI

Siedem dni temu pożegnałam się z Claudine i Jean. Nie obyło się bez ich płaczu. Ja pozostałam niewzruszona.
Teraz wraz z moim stwórcą przemierzaliśmy drogi małych miasteczek w Anglii.
Przez kilka godzin jechaliśmy w milczeniu, nienawidziłam ciszy, postanowiłam ją przerwać:
- Długo jeszcze? - mruknęłam pod nosem, wiedziałam, że mnie usłyszy.
- Godzinę, góra dwie. - odpowiedział i położył swoją dłoń na moim udzie.
- Kierownica. Dwie ręce na kierownicy. - powiedziałam ostro.
Spojrzał na mnie i wyszczerzył się ukazując dwa ostre kły.
- Oczywiście. - usłyszałam lekką drwinę.
Pacnęłam go w jego blond czuprynę.
- Nie śmiej się ze mnie.
Położył dłoń na piersi. 
- Nie śmiałbym. - jego poważny ton wywołał u mnie salwę śmiechu.
Eric był zdecydowanie lepszym towarzyszem niż Martha. 
- Ale naprawdę mamy jeszcze siedzieć tutaj godzinę? - jęknęłam. 
- Nie. - zatrzymał auto przed małym domkiem. - Jesteśmy na miejscu.
Siedziałam chwilę z otwartymi ustami. To jest miejsce, do którego jechałam 7 dni? Zabijcie mnie, proszę. Mogę nawet sama wystrugać kołek!
- Nie pieprz. - modliłam się, aby to nie była prawda.
- Nie narzekaj tylko chodź. - uśmiechnął się tajemniczo. Coś ty planował?
Słońce nieubłagalnie raziło mnie w oczy. Lekko się chwiejąc podreptałam do drewnianego ganku. Towarzysz otworzył mi drzwi i pomógł przejść przez próg. Klimatyzacja w tym domu przywróciła mi chęć życia. Usiadłam na fotelu bujanym i westchnęłam.
- Nie idziesz dalej? - spytał i uniósł brew.
- Gdzie dalej? Przecież to jest za małe aby mieć coś "dalej". - zadrwiłam.
- No nie sądzę. 
Po tych słowach wsunął kluczyk do szafy i przekręcił go trzy razy. Drzwi się otworzyły, a w nich była winda. 
Szczęka mi opadła. 
- To co? Zostajesz tu?
- Nie! - krzyknęłam i pędem rzuciłam się ku zamykającym się drzwiom. 
Rozglądałam się zaciekawiona.
- Nic nadzwyczajnego. Zwykła winda. - wzruszył ramionami.
Miał rację. Cicha, nudna muzyczka leciała z małego głośnika, otaczały nas lustra, a przycisk był jeden, "Góra".
- Góra? - zaśmiałam się.
- Shhh... - uciszył mnie, w tym momencie drzwi otworzyły się. Podziemna baza! Woah! -Okej, słuchaj mnie. Pójdziesz teraz do recepcji i powiesz do wampira stojącego za biurkiem, że przysłał cię Eric. On da ci klucz i instrukcję jak dojść do pokoju, w którym zamieszkasz. Potem spotkamy się na stołówce, ptaszyno. - pocałował mnie w czoło i poszedł w stronę skrzydła B, jak obwieszczała tablica informacyjna.
Podeszłam bliżej i zauważyłam wielki napis "RECEPCJA" i strzałkę w prawo, tam więc poszłam.
Kilka minut i zakrętów dalej zauważyłam wielki hol. Wiele osób przesiadywało tam w tym momencie. Rozmawiali, śmiali się, pili. W skrócie: robili to, czego wzbraniałam się podczas uciekania przed nimi. Nie wiedziałam, że będą chcieli zrobić ze mnie coś lepszego. 
Przechodząc przez sam środek zgiełku czułam się pewnie. Może dzięki temu, że Eric zafundował mi nowe ubrania, które doskonale pasowały do mojej cery, która chociaż jaśniejsza, to wciąż kontrastowała z bielą innych wampirów. 
Długie, swobodnie opadające włosy zakręciłam lokówką. Byłam piękna.
Kiedy stanęłam przed niską blondynką z plakietką "Jeanice" zarzuciłam ręką kilka pasm do tyłu.
- Przyszłam po kluczyk do pokoju. - wydęłam wargi.
- Ah, nowa. - uśmiechnęła się promiennie pokazując kły. - Stwórca?
- Eric DeVallo. - przeciągnęłam te słowa delektując się reakcją otoczenia na nie. Niektóre wampiry będące blisko mnie wzdrygnęły się.
Zauważyłam, że jego nazwisko wywarło również na nią wpływ. 
- Twoje imię?
- Alexia.
Blondynka szybko przejrzała listę.
- Przykro mi, nie ma cię tutaj. 
Wyrwałam jej kartkę z dłoni. Znalazłam swoje prawdziwe imię.
Wskazałam jej palcem "Jean"
- To ja, ale... - urwałam. Po co ja się jej tłumaczę?
- Przykro mi, muszę wezwać przełożonego, aby...
- Przykro mi, muszę wezwać stwórcę. - westchnęłam. Miałam nadzieję, że ta groźba jakoś na nią zadziała. Tak się stało.
- Dobrze, już daję kluczyk, tylko proszę, nie.
Zaśmiałam się, kim był Eric?
Z jej ręki wyrwałam kartę z przyklejoną kartką "929".
Wspomnienia wróciły. 
- Dzięki. - uśmiechnęłam się promiennie i wzięłam broszurę z nadrukowanym planem budynku.

Przyjrzałam się obrazkowi. Te bohomazy nic mi nie mówiły, spojrzałam na legendę:
"POKOJE OD 500 DO 1000 - ERIC DEVALLO
POKOJE OD 1001 DO 1101 - MAURELLA 
POKOJE OD 1102 DO 1202 - KASPIAN RENTER"
Więc należę do sekcji Erica.
"POMIESZCZENIA OD 1 DO 20 - POKOJE DLA KARMICIELI
POMIESZCZENIA OD 21 DO 25 - POKOJE DLA SŁUŻBY
POMIESZCZENIA OD 26 DO 40 - SIŁOWNIE
POMIESZCZENIA OD 41 DO 60 - SALE LEKCYJNE"
Co? Sale lekcyjne? 
"POKOJE OD 61 DO 90 - POKOJE DLA PRACOWNIKÓW
POKOJE OD 91 - 150 - POKOJE DLA STARSZYZNY/ZAKAZ WSTĘPU
POMIESZCZENIA OD 151 DO 499 - MIEJSCA SPOTKAŃ/REKREACJI"
Odwróciłam biuletyn na drugą stronę. 
"Osoby przemienione, które w czasie przemiany nosiły znak łzy zostaną poddane treningowi. Więcej dowiecie się u swojego stwórcy;
Osoby, u których znak łzy po przemianie nie znikł proszone są o zgłoszenie się do starszyzny;
Osoby będące w jakikolwiek sposób zagrożeniem dla życia społeczności zostaną zabite;"
Ooo już się boję - pomyślałam sztucznie ziewając.
Ciągle wpatrzona w kartkę przemierzałam mroczne korytarze "Podziemnego Królestwa" - jak to zaczęłam nazywać to miejsce. 
Wielka, brązowa tabliczka z białymi napisami:
"ERIC DEVALLO
500-1000"
przekonała mnie, że jednak się nie zgubiłam. Drzwi do pokoi ustawione były w równych odstępach na obu ścianach. Pokój 500 umiejscowiony był naprzeciw 501, 502 naprzeciw 503 i tak dalej. 
Maszerowałam skupiona na kartce papieru, nagle coś mi zaświtało! Od czasu przemiany nie zaglądałam na ramię. Może wciąż mam tam małą, czarną łzę?
Delikatnie podwinęłam rękaw bluzki i przyjrzałam się skórze. To wciąż tam było. Nie zdziwiłam się. Czułam, że jestem lepsza od reszty.
Obróciłam głowę w bok. Duże, mosiężne drzwi umiejscowione były po mojej lewej stronie. Na nich zawieszona była tabliczka "Eric DeVallo". Huh, jego pokój. 
Zapukałam dwa razy. Drzwi się uchyliły. 
- Ptaszyna. - zdziwił się. - Nie spodziewałem się ciebie.
- Może wiesz, może nie, ale miałam tą bliznę. W kształcie łzy. Ona wciąż jest na moim ramieniu.
Oczy mu się rozszerzyły. W tym momencie patrzył na mnie w taki sam sposób, jak dziecko na prezent, który wciąż nierozpakowany leży pod choinką.
Usłyszałam jak mówi pod nosem coś w stylu "Jest! Wreszcie ktoś mój"
- Możesz mi pokazać tatuaż? - wyciągnął dłoń i złapał mnie za rękę. Zawahał się, jakby bał się, że zniknę. Obrócił ją delikatnie i zastygł wpatrzony. - Alexio, zadziwiasz mnie coraz bardziej. Jutro udamy się do starszyzny i opowiemy jej o tobie. Do tego czasu udaj się do swojego pokoju i rozpakuj rzeczy. Zajdę do ciebie i udamy się na stołówkę. Jesteś w pokoju 929, tak? - uśmiechnął się kiedy kiwnęłam potakująco głową. - Będę około 19.
- Ok. - uśmiechnęłam się i zawróciłam.
Przesunęłam kartę przy zamku. Usłyszałam pstryknięcie i drzwi się otworzyły. Weszłam do środka apartamentu. Wielki telewizor, wielkie łóżko, wielka sofa. Wszystko było wielkie. 
Na środku białego, puchatego dywanu stała zielona, ubłocona walizka.
Podeszłam do niej i przytuliłam ją.
- Tęskniłam, skarbie.
Rozpięłam jej zamek i wypakowałam ubrania. Znajdowały się tam również dodatki od mojego stwórcy. 
Kiedy zapełniłam wszystkie szafy wsunęłam ją pod łóżko dając buziaka na pożegnanie. 
Teraz wystarczy położyć się i zaczekać na Erica. Zamknęłam oczy, tak na chwilę.

Głośne pukanie obudziło mnie, szybko zerwałam się z łóżka. Przy wstawaniu potknęłam się o kołdrę i upadłam z łoskotem. Do mych uszu doszedł przytłumiony śmiech. 
- NIE ŚMIEJ SIĘ! - krzyknęłam zdenerwowana, stłukłam sobie kolano.
Utykając dodreptałam do drzwi, uchyliłam je. Na korytarzu stał nie kto inny jak uśmiechnięty blondyn.
- Czego się szczerzysz? - warknęłam.
- Świetna fryzura, nowy krzyk mody z Paryża? - zakpił.
- Co? - zdezorientowana odwróciłam się i spojrzałam w lustro. Każdy włos układał się w inną stronę.
Sięgnęłam po szczotkę leżącą na fotelu i rozczesałam kosmyki. 
- Może być proszę pana? - spytałam drwiąc.
- Tak. - odpowiedział w zamyśleniu. - Sądzę, że tak.
Złapałam go pod ramię i poszliśmy w stronę stołówki.
- Jak wygląda taka stołówka? - zaciekawiło mnie to.
- Ah, jak każda inna wampirza stołówka. Siadasz przy stoliku, podchodzi do ciebie karmiciel, gryziesz go. Musisz uważać aby twoja krew nie dostała się do ciała człowieka. Więc lepiej nie całuj się z pijanymi szesnastolatkami, gryzą. - pokręcił mi palcem, a ja podziękowałam za to, że jestem wampirem. W przeciwnym razie oblałabym się rumieńcem.
Od "stołówki" oddzielały nas szklane drzwi z czujnikiem. 
- Przesuń swoją kartę przed tym urządzeniem. - poinstruował nie stwórca po czym sam zrobił jak mówił, szkło się rozsunęło i mężczyzna przeszedł przez dziurę. Zrobiłam tak samo.
W środku panowała atmosfera grozy. Jękom ludzi akompaniowały jęki wampirów. Moje kły mimowolnie się wydłużyły na zapach krwi.
Eric spojrzał na mnie i uśmiechnął się. 
Zaprowadził nas do stoliku dla dwóch osób, więc to tak wampiry chodzą na randki. Ciekawe czy była to randka.
Rozejrzałam się i zauważyłam rudą czuprynę.
- C! - wymsknęło mi się. Kilka oczu odwróciło się na mnie. Eric warknął, a oni natychmiast wrócili do swoich czynności.
Kobieta, która skojarzyła mi się z Claudine miała rude loki, jednak była zdecydowanie wyższa od Marthy i patrzyła się na mnie brązowymi tęczówkami.
- Dzień dobry. Co podać? - spytała.
- Blondynka Rh - i brunet Rh +. - zamówił Eric.
- Dobrze, przyjdą za chwilę. - uśmiechnęła się i skinęła nam głową.
- Co bierzesz? - blondyn zaczął bawić się moimi włosami.
- Nie wiem. Niech będzie blondynka. - chciałam go zbyć, nie miałam ochoty na flirt. Byłam zbyt głodna.
- Rh -, dobry wybór.
Siedzieliśmy chwilę w ciszy. Usłyszałam kroki. Dziewczyna i chłopak stanęli za mną. Odwróciłam się i złapałam za dłoń blondynki.
Kiedy odchyliłam jej głowę zauważyłam, że ma na szyi znamię. 
To znamię było mi bardzo znane. Odwróciłam ją tak, że mogłam spojrzeć w te karmelowe oczy i rozpoznać kim była.
- Clemence. - wyszeptałam samym ruchem warg.

wtorek, 20 sierpnia 2013

Rozdział V

Rozdział V

Obudziłam się z mocnym bólem głowy. Otworzyłam oczy. Światło z okna padało wprost na moją twarz. Zacisnęłam powieki i syknęłam z bólu.
Usłyszałam jak ktoś wchodzi do pokoju i trzaska drzwiami. Syknęłam ponownie. Jego kroki dudniły w mojej głowie jakby ktoś puścił je przez megafon.
Wyczułam męskie perfumy. Zmarszczyłam nos. Usiadł na łóżku, na którym leżałam.
- Zasłoń te cholerne zasłony. - modliłam się aby posłuchał. Siedzieliśmy chwilę w ciszy, następnie znów uderzał obcasami o drewnianą podłogę nasilając mój ból.
Otworzyłam ostrożnie jedno oko.
Mężczyzną tym był Eric.
- Wyglądasz jak wrak człowieka. - westchnął i podał mi kubek jakąś cieczą, ni to cola ni to woda. Wypiłam nieufnie.
- To ty mi to zrobiłeś. - odsunęłam się i z całej siły uderzyłam głową o ścianę. Krzyknęłam. Zaraz potem złapałam się za głowę. Krzyknęłam zbyt głośno.
- Nie, to ty to sobie zrobiłaś. - poprawił mnie j przeczesał mi włosy. Odsunęłam się w bok. Z zrezygnowaniem opuścił rękę.
- Co z wczoraj pamiętasz? - spytał.
- Upiłeś mnie.
- Ale to ty do mnie przyszłaś.
- To NIE zmienia faktu, że mnie UPIŁEŚ.
- Nie protestowałaś gdy ci nalewałem. - wyglądał na nieźle rozbawionego.
Jego argumenty były mocne, chociaż wiedziałam, że zrobił to celowo.
- Gdzie jesteśmy? - zmieniłam temat rozglądając się.
- Wciąż na statku. - wzruszył ramionami i uśmiechnął się.
- Wychodzę.
- Niestety, najbliższy port za kilkanaście godzin.
- Nie mówiłam o tym, dupku. Wychodzę z tego pomieszczenia.
- W tym stanie? - zaśmiał się pod nosem.
- Jakim tym?
Eric podał mi lusterko. Spojrzałam na swoje odbicie oniemiała. Włosy wróciły do swojego naturalnego koloru i wydłużyły się o jakieś piętnaście centymetrów. To był pieprzony sen. Jednak nie zauważyłam reszty zmian. Pod moimi oczami wisiały wielkie, sine wory, a skóra lekko zbladła. Pewnie z przemęczenia czy czegoś tam.
Przymknęłam powieki i powstrzymałam się przed pełnym złości sapnięciem.
- Przemknę do swojego pokoju. Nikt mnie nie zauważy, spuszczę głowę. - wzruszyłam ramionami jak on zwykł to robić.
- Droga wolna. - uśmiechnął się i otworzył mi drzwi.
Słońce mnie paliło w oczy. Biegłam na oślep.
Dotarłam do biedniejszej części statku i przekraczając próg weszłam w sam środek kłótni C i Jean.
- A jak jej się coś stało?! - krzyknęła Claudine.
- Ciszej! - syknęłam i złapałam się za głowę. Dziewczyny spojrzały na mnie, a ja na nie. Kathlyn się zamartwiała, a Martha wiedziała co się ze mną dzieje. Mogłam to wyczytać z ich mimiki.
- Widzisz? Wszystko w porządku, nie zadręczaj się. - J przytuliła najstarszą. Wkurzyłam się. To ja tutaj jestem tą poszkodowaną, nie ona.
- Właśnie, że nie. Nie wyjaśniłam wam czegoś... - zaczęła. O o. Coś złego?
- Czego? - drżałam z gniewu. Towarzyszka najwyraźniej pominęła coś istotnego, coś co doprowadziło mnie do tego godnego pożałowania stanu.
- Co wiesz o wampirach, kochanie? - spytała i posadziła mnie na fotelu, a ona zaś usiadła na jego oparciu.
- To złe, krwiożercze gnojki bez duszy. - powiedziałam, a głowa mi pulsowała.
- A jak się przemienić w wampira?
- Umrzeć z jego krwią w organizmie? - nie byłam pewna swojej odpowiedzi. C pokręciła głową. Zaczynałam powoli kojarzyć fakty.
- Niektóre osoby są mniej, a niektóre bardziej podatniejsze na przemianę. My - zakręciła ręką w koło. - jesteśmy naznaczone, czyli, że wraz z pojawieniem się tatuażu jesteśmy najbardziej podatne na każdą zmianę. Likantropiczną czy wampiryczną. Bez znaczenia. A przemiana zachodzi w momencie, w którym do ciała osoby przemienianej dostanie się chodź kropla krwi wampira lub ślina wilkołaka. Nie ważne czy dożylnie, czy drogą ustną. Ważne, że się dostanie. Teraz zależy od ilości tej krwi. Jeśli była to kropla bądź dwie, to okres przemiany będzie znacznie dłuższy i bardziej bolesny. Jeśli zaś krwi było więcej człowiek staje się wampirem w niecałe dwie godziny. - zakończyła wykład. Chciałam się spytać skąd to wie, ale pierw musiałam zasłonić te cholerne okna. Wstałam i podeszłam do zasłonki. W tym momencie osunęłam się na ziemie. Ostry kaszel zajął moje gardło. Zakryłam ręką usta. Poczułam na coś mokrego. Spojrzałam na dłoń. Krew.
Kaszlałam krwią!
- Al, Al! - usłyszałam C. - Trzymaj się.
- Czego mam się trzymać? - spróbowałam zażartować. Jednak nie udało mi się, ponieważ ponownie zaniosłam się kaszlem.
- Nie umieraj mi tutaj. - dziewczyna ścisnęła moją dłoń. Bolało. Zauważyłam w jej oczach łzy.
- Och C, znalazłaś mnie przy moim początku, zostań ze mną przy moim końcu. - zaczęłam majaczyć.
- Pokój! W którym pokoju jest ten wampir?! - krzyknęła przerażona Jean.
- Nie wiem. Nie pamiętam - odpowiedziałam szczerze, zaraz jednak mój umysł nawiedziła wizja drzwi z plakietką... - Dziewięćset dwadzieścia dziewięć. - wydusiłam przed kolejną serią kaszlu.
Leżałam tak na podłodze, w małej kałuży krwi. Koło mnie siedziała Claudine z jej oczu płynęły łzy.
Nie wiem ile czasu minęło. Może dziesięć minut? Może zaledwie dziesięć sekund? Sama nie wiem kiedy zaczęło mi się kręcić w głowie, aby się czymś zająć zaczęłam liczyć kaszlnięcia.
Jeden... Dwa... Trzy... Cztery...
Drzwi się otworzyły. Zapach znajomych mi perfum uderzył w moje nozdrza.
Pięć... Sześć... Siedem... Osiem...
Ktoś mnie podniósł, czułam nacisk muskularnej klatki piersiowej. Zostałam ułożona na łóżku.
Dziewięć... Dziesięć... Jedenaście... Dwanaście...
Zaczęłam dławić się krwią.
Trzynaście... Czternaście... Piętnaście... Szesnaście...
Leżałam spokojnie, cała zakrwawiona na łóżku i czekałam na rychłą śmierć. Oczekiwałam jej ze spokojem. W końcu uwolnię się od tego bagna.
Siedemnaście... Osiemnaście... Dziewiętnaście... Dwadzieścia...
Zamknęłam oczy, moje serce zwalniało. Wsłuchiwałam się w jego rytm.
Jedno uderzenie, drugie, trzecie.
Bicie ustało. Umarłam.

****** CLAUDINE ******

Dotknęłam policzka Alexii swoją dłonią. Bałam się, że ją skrzywdzę chociażby najdelikatniejszym ruchem. Nie poruszała się. Strużka krwi płynęła od kącika jej ust ku jej ciemnym, aksamitnym włosom. W kół niej było mnóstwo czerwieni. Biała, letnia sukienka i prześcieradło zostało przebarwione przez ciecz. Z chęcią zabiłabym drania, jednak był on jej potrzebny. Dziewczyna potrzebowała stwórcy.
Mężczyzna stał w kącie pokoju obserwując nas spokojnie. Zauważyłam, że jego wzrok spadł na moje przedramię, szybko je zasłoniłam.
Uniósł brew i wyjął ręce z kieszeni. Podszedł powoli do łóżka Jean i pogładził jej włosy. Złapałam go za rękę.
- Nie dotykaj jej. - syknęłam niebezpiecznie.
- Jest M O J A. Będę ją dotykał. - wyrwał dłoń i wrócił do czynności.
- Znienawidzi cię za to co jej zrobiłeś. - stwierdziłam próbując przybrać obojętny ton.
Usłyszałam cichy śmiech.
- Nikt nie kazał jej gryźć mojej wargi podczas pocałunku.
Jego słowa zaskoczyły mnie. Nigdy bym nie podejrzewała, że moja mała siostrzyczka będzie się całowała z kimś obcym.
- TY SKUR... - uniosłam dłoń aby wymierzyć mu siarczystego policzka.
- Stop. - lekko zachrypły głos dobiegł mych uszu.

****** Alexia ******
Odzyskałam przytomność, jednak nie miałam siły się ruszyć. Wszystko mnie bolało. Usłyszałam głos Marthy.
- Nie dotykaj jej.
- Jest moja. Będę ją dotykał. - Eric pogładził moje włosy.
- Znienawidzi cię za to, co jej zrobiłeś. - huh, znowu Claudine.
Cichy śmiech połechtał moje uszy, był jak aksamit.
- Nikt nie kazał jej gryźć mojej wargi podczas pocałunku.
No to już jedna zagadka rozwiązana, a mianowicie: "Jak to się do cholery stało?!"
Uchyliłam powiekę. Towarzyszka stała w bojowej pozie i unosiła dłoń.
- TY SKUR...
- Stop. - wydusiłam z siebie. Mój głos był inny. Zimniejszy.
Wszystkie pary oczu zwrócone były w moją stronę. Chciałam się schować pod kołdrę. Pierwszą osobą, która podeszła do mnie był blondyn.
Uśmiechnęłam się smętnie. Jednak wciąż tu jestem. Chyba nic już mnie nie uratuje. No cóż, złego diabli nie biorą.
- Co wy tu robicie? - zakasłałam. - Miałyście wysiąść w Anglii.
- Tak bez ciebie? - Jean odezwała się na tyle głośno, aby moja głowa znów mnie zabolała. Odruchowo podniosłam rękę, aby przetrzeć czoło. Eric zauważył ten gest.
- Musicie być ciszej. Ona dopiero co przyzwyczaja się do nowego ciała. - powiedział kojąco.
Claudine odwróciła głowę w bok tak, że jej szyja była pięknie eksponowana, aby spojrzeć na Kathlyn, która dopiero zrozumiała co się stało. Zrozumiała, że już nigdy nie będę jej młodszą siostrzyczką.
Moja górna warga uniosła się mimowolnie. Mój stwórca przypatrywał się mi. Zauważył również ten ruch.
Podsunął się na łóżku w moją stronę i zamachał mi ręką przed oczami. Zbliżył usta do moich uszu, tak, że czułam jego gorący oddech.
- To jest twoja przyjaciółka, nie obiad. Będziesz się obwiniać. - te słowa chodź brzmiały kojąco były stanowcze. Natychmiast zasłoniłam ręką usta. Przeczekałam kilka sekund, uspokoiłam się.
- To gdzie wysiadamy? - nie przyzwyczaiłam się do nowego głosu, był oziębły.
- Kupiłam nowe bilety. Za kilkanaście minut ponownie zawitamy u wybrzeży Anglii. - Claudine pomachała mi jakimiś papierkami przed twarzą.
- To dobrze, dotrzecie do schronu. - ucieszyłam się. - A my? - spojrzałam na Erica.
- Też Anglia. - wzruszył ramionami.
Wtuliłam się w jego ciało. Uniósł w zaskoczeniu ręce, chwile później położył je na moich plecach.
Może wieczność nie będzie taka zła?
_________

Ktoś to jeszcze czyta? xd

sobota, 10 sierpnia 2013

Rozdział IV

                              ROZDZIAŁ IV
- Co będziemy dzisiaj robiły, móżdżku?* - spytałam żartobliwie Claudine, która patrzyła na zachodzące słońce.
- To co zwykle, Pinkey. Będziemy próbowały dotrzeć do schronu. - mrugnęła do mnie, ale mój dobry humor znikł.
Towarzyszka od kilku dni mówiła nam o wielkim schronie. Znajdował się on gdzieś w Anglii. Twierdziła, że tam zjeżdżają się wszyscy ścigani przez wampiry. Nie wierzyłam, że coś może nas od nich uratować, ale Jean zaraziła się ekscytacją Claudine. Obie dogadywały się doskonale, zazdrościłam im tej relacji. Były niczym siostry. Jean nawet zdołała namówić ją na przefarbowanie się na brąz po tym jak Martha spanikowała i odwołała wizytę, na którą ją umówiłam.
Zrobiły to podczas pobytu w nadmorskim miasteczku. Wyślizgnęły się z motelu rano i poszły do fryzjera. Kiedy wróciły wygłosiłam im długi i wyczerpujący wykład na temat tego co mogło się stać. Dziewczyny pokornie skinęły głową i chichotały pod nosem.
- Ty naprawdę w to wierzysz. - powiedziałam cicho, ledwo słyszalnym szeptem.
- A no. Wierzę. Mam nadzieję, że to będzie dobry wybór. - spojrzała na mnie nieprzytomnie. - Jutro rano statek powinien dotrzeć do brzegu kraju. Vanem dostaniemy się do małego miasteczka pod Londynem. W tym miasteczku czeka na nas dobrobyt.
- Mówisz jak w Residencie Evilu o Arkadii. - spróbowałam zażartować, ona jednak rzuciła mi poważne spojrzenie.
- Być może, że to będzie nasza arkadia.
Przewróciłam oczami. Zauważyłam przy tym, że Jean przeszła choroba morska. Maszerowała do nas pewnym krokiem.
- Hej, piękne. - mrugnęła do mnie i przytuliła Claudine. - Co tam szemrałyście?
Spojrzałyśmy na siebie, ja i moja rozmówczyni, ja i moja mentorka.
- Piękny zachód. - powiedziała szatynka wskazując na czerwone kółko na horyzoncie. - Uwielbiam zachody.
- A ja kocham wschody. - uśmiechnęła się Jean i uszczypnęła Marthę, zmiana tematu podziałała.
Nie chciałam tego oglądać, poczułam ukłucie zazdrości.
Takie sceny zbyt często pojawiały się przed moimi oczami.
Wbiegłam do baru mieszczącego się w środku luksusowego statku. Podeszłam do lady.
- Whiskey. - machnęłam ręką na barmana, on uniósł brew.
- Dowód? - spytał czyszcząc szklanki. Cholera! Zostawiłam fałszywe papiery w bagażu, który teraz był w pokoju. Westchnęłam.
- Colę z cytryną i lodem.
Mężczyzna uśmiechnął się i zaczął kroić cytrynę, oderwałam wzrok od jego sprawnych dłoni i spojrzałam na drzwi, które otworzyły się z hukiem. W nich stał chłopak o włosach koloru ciemnego blondu. Wykrzywił usta w pół uśmiechu i ruszył w moją stronę. Na jego twarzy widać było ślady jednodniowego zarostu. Piwne oczy przewiercały mnie na wylot. Usiadł z gracją na stołku i zamówił dwie whiskey.
- Nie masz ochoty na czegoś mocniejszego niż to? - wskazał ruchem głowy szklankę z colą stojącą przede mną. Zaczerwieniłam się.
- Jasne. - odpowiedziałam uśmiechając się.
- A skończyłaś chociaż osiemnaście lat? - wyszczerzył zęby i machnął ręką na barmana mówiąc "dwie whiskey".
- Oczywiście, że tak. - skłamałam gładko. - Ale papiery zostały w pokoju. - nachmurzyłam się.
- Rozumiem. - powiedział po czym zamyślił się. Wyciągnął papierosa.
Złapałam jego rękę zanim wsadził go do ust.
- Możesz sobie palić gdzie chcesz, ale nie rób tego przy mnie. - rzuciłam mu spojrzenie z ukosa.
Wzruszył ramionami i schował fajkę do paczki.
- Niektóre dziewczyny sądzą, że facet jest bardziej męski z papierosem. - powiedział wyzywającym tonem.
- Niektóre dziewczyny marzą aby porwał je jakiś smok, chociaż nie są już dziewicami.
Nieznajomy zaśmiał się cicho. Jego głos brzmiał jak aksamit, a śmiech powodował zawroty głowy.
Złapał za małą szklankę stojącą na barze.
- Zdrowie.
Wypił ją jednym haustem. Próbowałam podążyć w jego ślady. Przełknęłam płyn. Zaraz po tym od środka ogrzał mnie żywy ogień. Zmrużyłam oczy.
- Dobre. - wykrztusiłam.
- Chodźmy stąd lepiej zanim twoi opiekuni się tu zjawią i nie zrobią mi problemów.
Oh tak, Claudine potrafi narobić hałasu o byle co. Spojrzałam tęsknie na szklankę coli. Olałam ją.
Nieznajomy zostawił na ladzie 10 dolarów.
Mężczyzna zaprowadził mnie na dziób statku.
Zimny wiatr smagał mnie po twarzy, a piana z wysokich fal dosięgała czasem mojego ciała.
- Jak się nazywasz?! - krzyknęłam, aby mój głos przebił się przez ten zgiełk.
- Co?!
- Imię! - powtórzyłam przykładając mu usta do ucha.
Kiwnął głową na znak zrozumienia i wciągnął mnie do środka statku.
- Eric DeVallo.
Otrzepał czarny garnitur z kurzu.
- Jestem Eric DeVallo, a ty, ptaszyno?
Myślałam, że serce wyskoczy mi z klatki kiedy z jego ust wyszło słowo ptaszyna.
- Alexia. Alexia Centy.
- Mmmm... - zamyślił się. - Alexia. - moje imię wypowiedział powoli i z czułością, jakby je smakował. - Podoba mi się.
- Mi też. - przyznałam i skarciłam się za to, że mój wzrok ciągle spadał na jego usta.
Nagle poczułam jego wargi na swoich złączone w pocałunku. Pocałował mnie! W mojej głowie myśli huczały. Przechylił moją głowę do tyłu tak aby moje usta otworzyły się szerzej. Ugryzłam jego wargę. Poczułam lekki metaliczny posmak.
Po kilkudziesięciu sekundach niechętnie oderwałam się od niego. To pytanie cisnęło mi się na usta, nie zdążyłam go zatrzymać:
- Dlaczego to zrobiłeś?
- Co zrobiłem, ptaszyno? - podniósł brew.
- Dlaczego mnie pocałowałeś? - dotknęłam ręką warg.
- Dałaś mi zielone światło, widziałem to w twoich oczach. - mrugnął do mnie.
Odwróciłam się w stronę drzwi wyjściowych z pomieszczenia. Po chwili ponownie spojrzałam na miejsce gdzie stał Eric. Już go nie było. Zniknął.
Rozejrzałam się uważnie, za gaśnicą ktoś wcisnął kartkę.
"543-234-574 Zadzwoń, ptaszyno."
Schowałam kartkę do kieszeni i wesołym krokiem udałam się do pokoju, który dzieliłam z Claudine i Jean.
Otworzyłam drzwi. Moje towarzyszki siedziały na łóżku oglądając telewizję i jedząc czipsy.
- C, potrzebuję komórki. - powiedziałam łapiąc się pod boki.
- Naprawdę? - uniosła brew.
- Tak, potrzebuję jej teraz.
Dziewczyna zaśmiała się.
- Skąd ci teraz wezmę telefon? - spytała rozbawiona.
- Daj swój. - zażądałam. - Muszę zadzwonić.
Jean przyglądała się temu z iskierkami w oczach.
- Jeśli dam ci telefon to dasz nam spokój na godzinę? - wzięła małego samsunga do ręki.
- Dam. - oznajmiłam spokojnie i wyciągnęłam dłoń.
- A co z twoją komórką? - Jean postanowiła się wtrącić.
- Nie twoja sprawa. - pokazałam jej język. W tym momencie rzuciła we mnie poduszką. - Dobra, dobra! Kapituluję! Jest rozładowany, a ja musze zadzwonić!
Martha podała mi telefon.
- Nie wracaj przed... - spojrzała ukradkiem na zegar. Była 23. - Przed północą.
- Dobrze, mamo. - westchnęłam i wystukałam numer telefonu.
Po pięciu sygnałach usłyszałam głos, którego nigdy bym nie pomyliła:
- Mam W A K A C J E, więc jeśli dzwonisz w sprawach S Ł U Ż B O W Y C H to równie dobrze możesz się rozłączyć.
- Nie, to nie są sprawy służbowe. - powiedziałam lekko.
- Ah, ptaszyna. Nie możesz beze mnie wytrzymać? - usłyszałam lekką drwinę.
- To było niemiłe. Tamto zniknięcie.
Przycisnęłam telefon mocniej do ucha.
Usłyszałam westchnięcie.
- Lubię znikać. Wydaję się wtedy tajemniczy.
Nie powstrzymałam się przed parsknięciem.
- Tak, bardzo tajemniczy. A tak w ogóle, gdzie masz pokój? Chętnie bym zajrzała i pogadała. O ile masz mini barek.
- Pierwsza klasa, na piętrze, numer dziewięćset dwadzieścia dziewięć.
Chwila przerwy.
- Będę czekać, do zobaczenia.
I rozłączył się. Stałam chwilę w holu i ruszyłam ku przygodzie do pokoju dziewięćset dwadzieścia dziewięć.
Stanęłam przed dużymi, połyskującymi drzwiami z tabliczką "Pokój 929". Wzięłam oddech i podniosłam dłoń aby zapukać. Eric otworzył drzwi i zaprosił mnie do środka.
- Nie przywitasz się? - podniosłam brwi.
- No tak, tak dawno się nie widzieliśmy, że muszę się witać. - przewrócił oczami.
Udając urażoną usiadłam na łóżku. Mój szósty zmysł mówił mi, że coś się dzieje. Głosik z tyłu głowy krzyczał abym uciekała.
Podszedł do mnie i kucnął aby spojrzeć mi w oczy. Od razu się odprężyłam. Do ręki wciśnięto mi szklankę z alkoholem.
- Dlaczego mnie pocałowałeś? - powtórzyłam pytanie i wzięłam łyka czegoś gorzkiego. Głosik został stłumiony. Yay!
- Nie wiem. Nudziło mi się. - powiedział i uśmiechnął się.
- Dlatego zniknąłeś? Znudziłam ci się? - poczułam się skrzywdzona. Miałam nadzieję, że ten pocałunek coś znaczył.
Z żalem opróżniłam naczynie.
- Tak. Znudziłaś. - usiadł koło mnie.
- To dlaczego zostawiłeś mi swój numer? - w moim sercu zakwitła nadzieja.
- Nie wiem. Zwykły kaprys rozpieszczonego dwudziestolatka. - wzruszył ramionami. Do oczu napłynęły mi łzy. Eric dolał mi napoju.
Z płynem w ręku rozejrzałam się po pokoju. Był ogromny.
Wzięłam następne łyki. Kiedy szklanka ponownie była osuszona dostałam dolewkę. Ten proces powtarzał się aż w końcu straciłam świadomość. Ale tyś głupia, Jean. Nie, nie Jean. Alexia.

niedziela, 28 lipca 2013

Rozdział III


Jak na razie żyję bez bety, nie sądzę aby były błędy, ale ich nie wykluczam.

Rozdział III


Czyjaś ręką chwyciła za kierownicę i zakręciła nią tak, że van obrócił się o 180 stopni. Puściłam pedał gazu. Nacisnęłam hamulec.
Zauważyłam te znajome szare tęczówki wpatrujące się we mnie.
- Żyjesz? - spytała melodyjnym głosem Claudine.
- A jaka jest twoja definicja życia*? - spytałam. - Jeśli pod pojęciem życie masz na myśli to, że chodzę, oddycham i jako tako rozumuję - to tak.
- Nie oczekiwałam więcej. - kiwnęła głową. Kątem oka zauważyłam, że nic już nie przykrywało rudej czupryny.
- Gdzie teraz? - spytałam ustawiając auto na prawidłowy pas.
- Do fryzjera. - bardziej spytała niż stwierdziła. Zdecydowała się na farbowanie? Uhh może coś z niej wyjdzie.
Poprawiłam lusterko i położyłam dłonie na kierownicy.
- Nie sądzę. - powiedziała Martha chichocząc. - To ja tu jestem kierowcą.
Zamachała mi przed twarzą pękiem kluczy, które nie tak dawno były w stacyjce.
- Ale jak ty to...? - próbowałam sobie przypomnieć moment kiedy Claudine sięgała po nie. Nic mi nie świtało.
- Magia. - mrugnęła i przegoniła mnie ręką. Niechętnie wygramoliłam się z wozu i obeszłam go dookoła otwierając drzwi pasażera.
- Mówiłam ci już, że cię nienawidzę? - spytałam obserwując ją moim poważnym spojrzeniem.
Zaśmiała się głośno i szczerze, chyba to jej pierwszy raz odkąd mnie spotkała.
- Nie, ale zawsze możesz to nadrobić. - odpaliła silnik i ruszyła. Jej jeździe akompaniował pisk opon zlewający się w jedno z moim.
Zapięłam pasy. Moje dresy były całe podarte i ubłocone, a biała bluzka zmieniła kolor na siwy od kurzu.
Powinnam spakować więcej ciuchów.
Droga wydawała się nieskończenie długa i nudna. Wszystko było takie samo. Scenerie niezbyt się od siebie różniły. Każde mijane drzewo było wysokie i nudne. Każdy kamień szary i duży, i nudny.
Pogrążyły mnie rozmyślania nad tym co by było gdybym nie uciekła, gdybym stawiła czoła przeznaczeniu i oddała się w ręce wampirów. Wzdrygnęłam się z obrzydzeniem. Może niektórzy je lubią, ale mnie zbytnio nie pociąga myśl o dotykaniu kogoś martwego, a w dodatku zimnego. Brrr. Wolałabym już leżeć sześć stóp pod ziemią.
Claudine zjechała na parking małego baru "Pod urwanym łbem". Co za idiota wymyśla te nazwy. Westchnęłam teatralnie i przekroczyłam próg. Wystrój nie różnił się od innych barów z nazwą zaczynającą się na "Pod...". Drewniane ławki przy drewnianych stołach. Lada z cegły i powywieszane głowy jeleni oraz dzików na ścianach. Nie pamiętam kiedy ostatnio jadłam, ale nie byłam głodna. Moja towarzyszka zmusiła mnie do posiłku i zamówiła dla nas dwie pieczenie z frytkami.
Siedziałyśmy naprzeciw siebie w milczeniu. Przypomniałam sobie Adriana. Był skupiony i zacięty, ale kiedy zauważył mnie coś w nim drgnęło. Widziałam to, ponieważ nie mogłam oderwać wzroku od jego białej jak kreda twarzy. Pamiętałam jak na początku wakacji powiedział mi, że z nami koniec, że musi odejść. Zapytałam się go czy się wyprowadza, odpowiedział mi jedynie...
- Wszystko w porządku? - Claudine odezwała się i wszystko prysło. Spojrzałam na nią zdziwniona, a potem przypomniałam sobie kim jest.
- Tak. - odpowiedziałam spoglądając w dół. Frytki leżały na talerzu. Nie tknięte. Wzięłam jedną do ręki i kręciłam nią w ketchupie.
- Widzę, że coś cię dręczy. - dotknęła moją dłoń w pocieszającym geście. Uniosłam na nią spojrzenie i zmusiłam się do uśmiechu.
- Nie, wszystko ok. - próbowałam ją przekonać. - Naprawdę.
Wiedziałam, że mi nie uwierzyła, ale milczała. Lepsze to niż nic. Wsadziłam czerwoną frytkę do ust. Skrzywiłam się. Za dużo ketchupu. Resztę pokrojonych i usmażonych ziemniaków zjadłam w ciszy. Pokroiłam pieczeń na połowę, a następnie jedną z jej połówek na ćwiartki. Wsadziłam do ust kawałek i żułam. Po połknięciu mięsa wzięłam łyk coli. Powtórzyłam ten schemat kilka razy aż wreszcie talerz został pusty.
Claudine uśmiechnęła się.
- Od razu wyglądasz lepiej. Nabrałaś rumieńców. - wstała i udała się do toalety. Zauważyłam kluczyki na stole, sięgnęłam po nie i schowałam w kieszonce dresów.
Kiedy zauważyłam czarną czuprynę od razu się uśmiechnęłam.
- Co jest? - spytała. - Mam coś na twarzy? - sięgnęła dłonią do nosa i próbowała wymacać pryszcza.
- Nie, nie masz. - powiedziałam. - Chodźmy do auta. Nie mam zamiaru marnować cennego dnia.
Towarzyszka przytaknęła mi i ruszyłyśmy do wozu.
Szłam z przodu, a ona wlokła się za mną. Nagle przytuliła mnie od tyłu.
- Jesteś dla mnie ważna, ufam ci. - szepnęła i oderwała się ode mnie. - Ale nie na tyle aby pozwolić ci prowadzić. - mrugnęła i pokazała kluczyki, które wyciągnęła mi z kieszeni podczas uścisku.
- Jesteś jak lis. Ruda i cwana. Nienawidzę cię.
Zaśmiała się perliście i ruszyła.
I znów sceneria się powtarzała. Drzewa, kamienie, krzaki, zakręty, drzewa, kamienie, zakręty, zakręty. Uchyliłam szybę.
Przy drodze stała dziewczyna. Kogoś mi przypominała. Już z pewnością widziałam te falujące czarne włosy i pewną siebie postawę. Miała na oko około 19 lat.
- Stój. - powiedziałam cicho, ale to wystarczyło aby Claudine usłyszała i zatrzymała pojazd.
Autostopowiczka podeszła do szyby.
- Dziękuję, dziękuję tak bardzo, że się zatrzymałyście. Nie wiedziałabym co zrobić. Gonią mnie. - w tym momencie jej wzrok utkwił na moich oczach. Bam. Rozpoznałam ją. Już wiedziałam u kogo widziałam tą postawę. U siebie.
Wysiadłam z wozu i wrzuciłam do tyłu brązową torbę, koło której stała.
- Wsiadaj. - powiedziałam. Kiwnęła mi głową i usadowiła się na tylnym siedzeniu.
Claudine ruszyła, w lusterku zauważyłam jej pytające spojrzenie. Pokręciłam głową próbując przekazać jej by nie drążyła tematu. Nie posłuchała. Jak zwykle.
- A więc, jak masz na imię? - zapytała niewinnym tonem, chciałam ją udusić.
- Hmm? Ah, tak. Imię. Tak długo go nie używałam. - westchnęła smętnie, a moje serce ścisnęło się. Chciałam ją przytulić i powiedzieć, że będzie dobrze. Ale nie będzie dobrze, będzie coraz gorzej. - Ale sądzę, że było to Kristine.
- Kathlyn. -poprawiłam przygryzając naskórek prawego kciuka i nie odwracając wzroku z drogi. - Masz na imię Kathlyn McKlein.
- Skąd je znasz? - w tym pytaniu słychać było lekkie wahanie. Jakby próbowała sobie mnie przypomnieć i nie wiedziała czy tego chce. Claudine przysłuchiwała się temu w milczeniu.
- To już nieistotne. Jestem kimś innym. Znałam cię. To znaczy myślałam, że cię znam. Ale w nic już nie wierzę. To wszystko to wielkie kłamstwo. A ja nienawidzę kłamstw. - wrzuciłam w te słowa tyle jadu, że aż sama się zdziwiłam.
- Wybacz jej te nieuprzejmości. - powiedziała Claudine. - Możesz pokazać Alexi swoją rękę?
Zrozumiałam. Miałam sprawdzić, czy Kath nie ma znaku.
Pod dotykiem jej miękkiej skóry łzy w moich oczach wezbrały. Dokładnie tak ją zapamiętałam. Życzliwą i uprzejmą. Jej włosy zawsze pachnęły brzoskwiniowym szamponem, a skóra była delikatna i truskawkowa. Była I D E A L N A.
- Jak chcesz się teraz nazywać? - spytałam lekko. Chciałam aby została z nami i zostawiła przeszłość za sobą, tak jak ja. Abyśmy we trójkę stworzyły rodzinę. Siostry.
- Nie wiem. - zawstydziła się. - Nigdy nie sądziłam, że mogłabym zmienić imię.
- Może ci pomogę? - zaproponowałam.
- Chętnie przyjmę twoją pomoc. Nie mam zielonego pojęcia o imionach.
Zaśmiałam się. Kłamała. W każde wakacje wymyślała jakie imię mogłaby nosić. Ja przysłuchiwałam się temu potakując co kilka słów i marząc abyśmy kiedyś wybrały się w podróż i już nie wróciły.
- Może po kimś bliskim? Czyje imię z twojej rodziny najbardziej ci się podobało?
- Jak miałam cztery lata moja mama urodziła dziecko, dziewczynkę. Rodzice chcieli, aby jego płeć była niespodzianką, więc nie szykowali imienia. W końcu aby mnie uszczęśliwić zapytali mnie o zdanie. Powiedziałam, że Jean. Sądzę, że powinnam nazywać się Jean. Po mojej siostrzyczce. - spojrzała w szybę, a ja poczułam gulę w gardle. - Była dla mnie całym światem, opiekowałam się nią gdy była chora, brałam na spacery. Ale straciłam z nią kontakt. Pewnie to już przebolała i wciąż żyje szczęśliwym życiem, beze mnie.
Claudine była bystra, od razu zrozumiała, że Kathlyn jest moją siostrą. Nie zadawała pytań. Nic nie mówiła. Chciałam ją za to ucałować.
Wiedziałam, że muszę to powiedzieć, muszę jej zdradzić kim jestem.
Samotna łza poleciała po policzku Kathlyn. Nie, Jean.
- Kochanie. - wytarłam wodę z jej twarzy. - Wiele rzeczy można o mnie powiedzieć, ale z pewnością nie to, że żyję szczęśliwie.
Ze stojeckim spokojem obserwowałam zmiany na jej twarzy.
Szok, niedowierzanie, ból, radość, szok.
- Jean? - spytała ostrożnie, jakby ze strachu, że zaraz się rozpadnę.
- Nie, nie jestem już Jean. Byłam nią, kiedyś. Zanim dowiedziałam się, co mama ze mną zrobiła. Teraz jestem Alexia. Moje imię przypadło tobie. - czułam, że rozpadam się na kawałki, jednak ciągnęłam to. - Powinnaś zapomnieć o przeszłości, o nas. Obie się zmieniłyśmy i nie powinnyśmy udawać, że nie.
Spojrzała na mnie bystrym spojrzeniem i podała mi rękę.
- Cześć, jestem Jean. - uśmiechnęła się szeroko. Był to sztuczny uśmiech. W oczach widziałam ból.
- A ja Alexia. - odpowiedziałam. - A ten potwór tu to Claudine. - złapałam za dłoń byłej siostry. - Witaj na pokładzie.


________
* - A jaka jest twoja definicja życia Lisso?
Dedykuję ten rozdział wszystkim czytelniczkom "Letnich Cieni" Ludki666 i agnes_ki (Moje boginie *.*)

NN - 5.08

poniedziałek, 22 lipca 2013

Rozdział II



 

Rozdział II
Siedziałam obok Claudine czasem spoglądając na nią. Jej oczy były skupione na drodze, a kaleczone dłonie zaciśnięte na kierownicy. Na moje usta cisnęły się pytania. Zdusiłam je. Ona nie wypytywała mnie, to ja nie powinnam naruszać jej prywatności.
Niedaleko wyjazdu z miasteczka stał patrol policyjny, dziewczyna zjechała na bok i czekała aż funkcjonariusz podejdzie.
Mężczyzna lekko po pięćdziesiącce, kulawy. Stanął po stronie pasażera i gestem nakazał uchylenie okna, tak też zrobiłam.
- Dowód, prawo jazdy, numer rejestracyjny. - wyrecytował. Czułam jego nieświeży oddech. Zmusiłam się do uśmiechu.
- Powód zatrzymania? - spytała podejrzliwie Claudine.
- Legitymujemy każdego. W naszej gminie znaleziono skradzione auto, a złodziej wciąż na wolności. - powiedział drapiąc się po karku. Poczułam gulę w gardle. - Do tego ścigamy niebezpiecznego zbiega.
- Może nam pan podać rysopis? Możliwe, że ta osoba kręci się tu blisko i spotkamy ją na stopie. - rzuciła lekko moja wybawczyni.
Mężczyzna obrzucił ją zaciekawionym spojrzeniem. Bałam się, że nie zaufa nam, jednak chwilę później zaczął mówić:
- Skóra opalona, ciemne włosy, chyba czarne. Zgrabna sylwetka, podróżuje z zieloną walizką. A druga ma ognistorude włosy. Nic więcej nie wiem.
Odwróciłam wzrok na kierowcę. Czy to prawda, że Claude jest psychopatką? Modliłam się aby policjant nie zarządził rewizji.
- No cóż. Jak spotkam kogoś takiego, to dam znać, szeryfie. - powiedziała wesoło.
- Oczywiście, proszę. - podał jej dokumenty.
Claude nacisnęła pedał gazu i odjechałyśmy.
- Było blisko. - westchnęłam i wcisnęłam się głębiej w siedzenie.
- Nie aż tak blisko. - mrugnęła do mnie.
- A co z prawem jazdy? Dowodem osobistym? Przecież on szukał również CIEBIE. Mógł tam znaleźć wszystko.
- Nawet na nie nie spojrzał. - prychnęła. - Do tego patrz.
Rzuciła mi na kolana papiery. Przejrzałam je.
Na dowodzie wypisane były fałszywe dane, Claudine Michelle Claus. Na zdjęciu widziałam dziewczynę o czarnych włosach, podobnych do tych, które teraz ma na sobie Claudine.
- Jakie jest twoje prawdziwe imię? - wypaliłam.
Auto nagle wjechało na przeciwny pas. Pisnęłam. Kobieta zapanowała nad samochodem i spojrzała na mnie.
Jechałyśmy kilka minut w krępującej ciszy. Nie miałam prawa pytać. Może przeszłość ją bolała.
Włączyłam radio. Wesoła muzyka wdarła się do moich uszu.
- Martha. - usłyszałam. Nie byłam pewna czy to mi się zdawało, czy nie. - Ale to nie ma znaczenia.
- Ja jestem Jean.
- Nie, nie jesteś. - powiedziała ostro.
Spojrzałam na nią pytająco.
- Przykro mi, ale nie jesteś już Jean, kimkolwiek była, pozwól jej odejść. - zmieniła ton na milszy.
- Ale jak mam to zrobić? Przecież to ja. To wciąż ja! - spojrzałam na swoje dłonie.
Zjechała na pobocze. Żwir hałasował pod wpływem ciężaru vana.
Martha chwyciła mnie za nadgarstki i zmusiła bym patrzała w jej szare oczy.
- Musisz to zrobić. Porzucić siebie. Zostawić w tyle dotychczasowe życie, zacząć od nowa.
Odwróciła moje dłonie tak, że było widać wewnętrzną ich część. Tuż przy nadgarstku widniał mały znak.
- Co do cholery? Nie było go tu wcześniej... - przyjrzałam się temu. Czarna kropka o wykroju łzy umiejscowiona była na środku nadgarstka.
- Też to mam. Od moich szesnastych urodzin. - westchnęła smętnie.
- Co to jest? Co to znaczy? - chciałam wiedzieć, widziałam w mojej towarzyszce mentorkę.
- Po ciebie też idą.
- Idą? Kto? - chwilę później znałam już odpowiedź. - Wampiry.
- Tak, wampiry. Niestety muszę cię powiadomić, że nasze plany lekko się zmieniły. Jedziemy do naszej społeczności.
Kiedy wjechałyśmy na drogę otworzyłam okno. Było mi niedobrze. Niedobrze od tego całego bagna.
Znak drogowy obwieszczał, że właśnie wyjechałyśmy z miasteczka Bour Teur**. Próbowałam się zaśmiać, co brzmiało jak szloch. Przez te wszystkie wydarzenia, motel, kradzież auta, zapomniałam dlaczego tak naprawdę tu jestem. Ścigają mnie psychopatyczni mordercy z tysiącem na karku.
- A ta peruka? Wiem, że to nie był przypadek. Weszłaś do salonu na pustkowiu, otworzyłaś pierwszą lepszą szufladę i bach! Piękna peruka maskująca twój prawdziwy kolor.
Przeczesała ręką czarne włosy.
- Ach, masz rację. Trzymam ją tam na wszelki wypadek. Nigdy nie chciałam farbować włosów, ale widzę, że ty się na to zdecydowałaś. - zaśmiała się pod nosem.
- Skąd to niby wiesz? - gdybym stała złapałabym sie pod boki.
- Śmierdzi od ciebie farbą i rozjaśniaczem. Powinnaś użyć perfum.
Nie skomentowałam tego. Widok zielonych drzew i traw wciągnął mnie całkowicie.
Księżyc leniwie stąpał po niebie aby wreszcie ukazać się w pełni.
- Pełnia. - mruknęłam.
- Huh. Co? - spytała zbita z tropu Claudine.
- Pełnia. Wilkołaki istnieją? - spytałam się patrząc w las koło którego przejeżdżałyśmy.
- O ile wiem nie, ale może, może. - uśmiechnęła się pod nosem i zaczęła nucić "I need your love"
- Daleko jeszcze?
- Nie, zaraz miniemy farmę starego Joe, a potem wieś Mellender, a 30 minut za nią jest nasz cel.
Zdecydowałam się milczeć. Mimo, że głos mojej towarzyszki był przyjemny i chciałabym go słuchać w jakimś wolnym kawałku nie miałam ochoty na rozmowy.
Tak jak mówiła, mijałyśmy starą, zabitą deskami farmę, a za nią skupisko zniszczonych domów. Za nimi, dalej zauważyłam stary cmentarz.
- Straszne. - wtuliłam się w siebie.
- Mhm. - potwierdziła rozglądając się uważnie. - Tu się dzieje coś dziwnego. Jeszcze tydzień temu zanim stąd wyjechałam miasteczko tętniło życiem. Teraz to tylko jedna wielka ruina.
Poczułam, że przyśpiesza. Sprawdziłam, czy zapięłam dokładnie pas. Schyliłam się i dopięłam jej zabezpieczenie.
W jej spojrzeniu ujrzałam przebłysk czegoś nowego, jakby rozbawienia.
- Nie ma za co. - mruknęłam.
- Co?
- Nie ma za co, naprawdę, nie musisz dziękować, że martwię się o twoje bezpieczeństwo.
- Ahh, tak, dziękuję. - mrugnęła do mnie i odwróciła się, aby patrzeć na drogę.
Po kilkunastu minutach zauważyłam wielką villę. Nie była w najlepszym stanie, ale zrobiła na mnie wrażenie.
- To tu? - spytałam sceptycznie.
Uciszyła mnie gestem ręki. Z gracją baleriny weszła do domu, ja za nią. Na tle profesjonalistki wyglądałam jak słoń. Nadepnęłam na deskę, która pękła. Noga wpadła w dziurę powodując piekielny ból. Jej reakcja była natychmiastowa, skoczyła do mnie, podniosła i zaniosła do auta.
- Czekaj tutaj, muszę zobaczyć co stało się w środku, jakbym nie wróciła za dwadzieścia minut masz tu kluczyki. - włożyła pęk kluczy do mojej ręki. - Odpal samochód i uciekaj. Jedź na północ, w stronę Ostell Road. Na drugim zjeździe skręć w prawo. W małej kafejce, Ulotna Chwila pracuje kelner, Adam. Powiedz mu, że przysłała cię Martha. On ci pomoże.
Ścisnęła moją dłoń i pobiegła w stronę domu. Trzęsłam się z zimna.
Leżałam sama na tylnym siedzeniu. Nie odważyłam się nawet odpalać silnika.
Pięć minut zostało, pomyślałam. Claudine, śpiesz się, proszę! Próbowałam wysłać mentalną wiadomość.
Trzy minuty.
Przeniosłam się z pulsującą nogą na siedzenie kierowcy, włożyłam kluczyk do stacyjki. Jakaś wrona uderzyła w szybę powodując u mnie stan przed zawałowy.
Minuta.
Z drżeniem ręki włączyłam silnik. Pracował cicho. Podtrzymywał atmosferę grozy. Nagle drzwi otworzyły się z hukiem, ruda podbiegła do vana, otworzyła drzwi i wskoczyła na tyły w tym samym momencie, w którym ruszyłam z piskiem opon z tego makabrycznego podjazdu.
- Co się stało? - próbowałam brzmieć normalnie, jednak adrenalina podniosła ton głosu i brzmiałam jak skrzecząca żaba.
- Wampiry. - spojrzała znacząco.
Podniosła koc leżący koło niej. Pod nim znajdował się pistolet.
- Mamy ogon, na trzy zwolnisz, a ja zabiję pijawkę. - przeładowała. - Raz...
Uderzenie, prawie straciłam panowanie nad kierownicą. Broń wystrzeliła. Van zatoczył się, jednak wrócił na tor.
- Skurczybyk! - Martha obejrzała się dokładnie. - Dwa...
Ponowne uderzenie, jednak byłam na to przygotowana, przyśpieszyłam.
- Trzy. - towarzyszka otworzyła tylne drzwi. Za nami na motorze jechał Adrian, mój były.
Spanikowałam, nacisnęłam hamulec zbyt mocno, wampiry nie zdążyły wyhamować i wjechały w nasze otwarte drzwi. Dwa strzały. Dodałam gazu. Strzał. Przede mną ostry zakręt na klifie. Nie zwalniałam. Przekroczyłam setkę. Kolejny strzał i pisk.
Koniec. Jadę dalej.


_______________
** - Bon Temps w wersji dla biedaków;



NN - 29.07