Jak na razie żyję bez bety, nie sądzę aby były błędy, ale ich nie wykluczam.
Rozdział III
Czyjaś ręką chwyciła za kierownicę i zakręciła nią tak, że van obrócił się o 180 stopni. Puściłam pedał gazu. Nacisnęłam hamulec.
Zauważyłam te znajome szare tęczówki wpatrujące się we mnie.
- Żyjesz? - spytała melodyjnym głosem Claudine.
- A jaka jest twoja definicja życia*? - spytałam. - Jeśli pod pojęciem życie masz na myśli to, że chodzę, oddycham i jako tako rozumuję - to tak.
- Nie oczekiwałam więcej. - kiwnęła głową. Kątem oka zauważyłam, że nic już nie przykrywało rudej czupryny.
- Gdzie teraz? - spytałam ustawiając auto na prawidłowy pas.
- Do fryzjera. - bardziej spytała niż stwierdziła. Zdecydowała się na farbowanie? Uhh może coś z niej wyjdzie.
Poprawiłam lusterko i położyłam dłonie na kierownicy.
- Nie sądzę. - powiedziała Martha chichocząc. - To ja tu jestem kierowcą.
Zamachała mi przed twarzą pękiem kluczy, które nie tak dawno były w stacyjce.
- Ale jak ty to...? - próbowałam sobie przypomnieć moment kiedy Claudine sięgała po nie. Nic mi nie świtało.
- Magia. - mrugnęła i przegoniła mnie ręką. Niechętnie wygramoliłam się z wozu i obeszłam go dookoła otwierając drzwi pasażera.
- Mówiłam ci już, że cię nienawidzę? - spytałam obserwując ją moim poważnym spojrzeniem.
Zaśmiała się głośno i szczerze, chyba to jej pierwszy raz odkąd mnie spotkała.
- Nie, ale zawsze możesz to nadrobić. - odpaliła silnik i ruszyła. Jej jeździe akompaniował pisk opon zlewający się w jedno z moim.
Zapięłam pasy. Moje dresy były całe podarte i ubłocone, a biała bluzka zmieniła kolor na siwy od kurzu.
Powinnam spakować więcej ciuchów.
Droga wydawała się nieskończenie długa i nudna. Wszystko było takie samo. Scenerie niezbyt się od siebie różniły. Każde mijane drzewo było wysokie i nudne. Każdy kamień szary i duży, i nudny.
Pogrążyły mnie rozmyślania nad tym co by było gdybym nie uciekła, gdybym stawiła czoła przeznaczeniu i oddała się w ręce wampirów. Wzdrygnęłam się z obrzydzeniem. Może niektórzy je lubią, ale mnie zbytnio nie pociąga myśl o dotykaniu kogoś martwego, a w dodatku zimnego. Brrr. Wolałabym już leżeć sześć stóp pod ziemią.
Claudine zjechała na parking małego baru "Pod urwanym łbem". Co za idiota wymyśla te nazwy. Westchnęłam teatralnie i przekroczyłam próg. Wystrój nie różnił się od innych barów z nazwą zaczynającą się na "Pod...". Drewniane ławki przy drewnianych stołach. Lada z cegły i powywieszane głowy jeleni oraz dzików na ścianach. Nie pamiętam kiedy ostatnio jadłam, ale nie byłam głodna. Moja towarzyszka zmusiła mnie do posiłku i zamówiła dla nas dwie pieczenie z frytkami.
Siedziałyśmy naprzeciw siebie w milczeniu. Przypomniałam sobie Adriana. Był skupiony i zacięty, ale kiedy zauważył mnie coś w nim drgnęło. Widziałam to, ponieważ nie mogłam oderwać wzroku od jego białej jak kreda twarzy. Pamiętałam jak na początku wakacji powiedział mi, że z nami koniec, że musi odejść. Zapytałam się go czy się wyprowadza, odpowiedział mi jedynie...
- Wszystko w porządku? - Claudine odezwała się i wszystko prysło. Spojrzałam na nią zdziwniona, a potem przypomniałam sobie kim jest.
- Tak. - odpowiedziałam spoglądając w dół. Frytki leżały na talerzu. Nie tknięte. Wzięłam jedną do ręki i kręciłam nią w ketchupie.
- Widzę, że coś cię dręczy. - dotknęła moją dłoń w pocieszającym geście. Uniosłam na nią spojrzenie i zmusiłam się do uśmiechu.
- Nie, wszystko ok. - próbowałam ją przekonać. - Naprawdę.
Wiedziałam, że mi nie uwierzyła, ale milczała. Lepsze to niż nic. Wsadziłam czerwoną frytkę do ust. Skrzywiłam się. Za dużo ketchupu. Resztę pokrojonych i usmażonych ziemniaków zjadłam w ciszy. Pokroiłam pieczeń na połowę, a następnie jedną z jej połówek na ćwiartki. Wsadziłam do ust kawałek i żułam. Po połknięciu mięsa wzięłam łyk coli. Powtórzyłam ten schemat kilka razy aż wreszcie talerz został pusty.
Claudine uśmiechnęła się.
- Od razu wyglądasz lepiej. Nabrałaś rumieńców. - wstała i udała się do toalety. Zauważyłam kluczyki na stole, sięgnęłam po nie i schowałam w kieszonce dresów.
Kiedy zauważyłam czarną czuprynę od razu się uśmiechnęłam.
- Co jest? - spytała. - Mam coś na twarzy? - sięgnęła dłonią do nosa i próbowała wymacać pryszcza.
- Nie, nie masz. - powiedziałam. - Chodźmy do auta. Nie mam zamiaru marnować cennego dnia.
Towarzyszka przytaknęła mi i ruszyłyśmy do wozu.
Szłam z przodu, a ona wlokła się za mną. Nagle przytuliła mnie od tyłu.
- Jesteś dla mnie ważna, ufam ci. - szepnęła i oderwała się ode mnie. - Ale nie na tyle aby pozwolić ci prowadzić. - mrugnęła i pokazała kluczyki, które wyciągnęła mi z kieszeni podczas uścisku.
- Jesteś jak lis. Ruda i cwana. Nienawidzę cię.
Zaśmiała się perliście i ruszyła.
I znów sceneria się powtarzała. Drzewa, kamienie, krzaki, zakręty, drzewa, kamienie, zakręty, zakręty. Uchyliłam szybę.
Przy drodze stała dziewczyna. Kogoś mi przypominała. Już z pewnością widziałam te falujące czarne włosy i pewną siebie postawę. Miała na oko około 19 lat.
- Stój. - powiedziałam cicho, ale to wystarczyło aby Claudine usłyszała i zatrzymała pojazd.
Autostopowiczka podeszła do szyby.
- Dziękuję, dziękuję tak bardzo, że się zatrzymałyście. Nie wiedziałabym co zrobić. Gonią mnie. - w tym momencie jej wzrok utkwił na moich oczach. Bam. Rozpoznałam ją. Już wiedziałam u kogo widziałam tą postawę. U siebie.
Wysiadłam z wozu i wrzuciłam do tyłu brązową torbę, koło której stała.
- Wsiadaj. - powiedziałam. Kiwnęła mi głową i usadowiła się na tylnym siedzeniu.
Claudine ruszyła, w lusterku zauważyłam jej pytające spojrzenie. Pokręciłam głową próbując przekazać jej by nie drążyła tematu. Nie posłuchała. Jak zwykle.
- A więc, jak masz na imię? - zapytała niewinnym tonem, chciałam ją udusić.
- Hmm? Ah, tak. Imię. Tak długo go nie używałam. - westchnęła smętnie, a moje serce ścisnęło się. Chciałam ją przytulić i powiedzieć, że będzie dobrze. Ale nie będzie dobrze, będzie coraz gorzej. - Ale sądzę, że było to Kristine.
- Kathlyn. -poprawiłam przygryzając naskórek prawego kciuka i nie odwracając wzroku z drogi. - Masz na imię Kathlyn McKlein.
- Skąd je znasz? - w tym pytaniu słychać było lekkie wahanie. Jakby próbowała sobie mnie przypomnieć i nie wiedziała czy tego chce. Claudine przysłuchiwała się temu w milczeniu.
- To już nieistotne. Jestem kimś innym. Znałam cię. To znaczy myślałam, że cię znam. Ale w nic już nie wierzę. To wszystko to wielkie kłamstwo. A ja nienawidzę kłamstw. - wrzuciłam w te słowa tyle jadu, że aż sama się zdziwiłam.
- Wybacz jej te nieuprzejmości. - powiedziała Claudine. - Możesz pokazać Alexi swoją rękę?
Zrozumiałam. Miałam sprawdzić, czy Kath nie ma znaku.
Pod dotykiem jej miękkiej skóry łzy w moich oczach wezbrały. Dokładnie tak ją zapamiętałam. Życzliwą i uprzejmą. Jej włosy zawsze pachnęły brzoskwiniowym szamponem, a skóra była delikatna i truskawkowa. Była I D E A L N A.
- Jak chcesz się teraz nazywać? - spytałam lekko. Chciałam aby została z nami i zostawiła przeszłość za sobą, tak jak ja. Abyśmy we trójkę stworzyły rodzinę. Siostry.
- Nie wiem. - zawstydziła się. - Nigdy nie sądziłam, że mogłabym zmienić imię.
- Może ci pomogę? - zaproponowałam.
- Chętnie przyjmę twoją pomoc. Nie mam zielonego pojęcia o imionach.
Zaśmiałam się. Kłamała. W każde wakacje wymyślała jakie imię mogłaby nosić. Ja przysłuchiwałam się temu potakując co kilka słów i marząc abyśmy kiedyś wybrały się w podróż i już nie wróciły.
- Może po kimś bliskim? Czyje imię z twojej rodziny najbardziej ci się podobało?
- Jak miałam cztery lata moja mama urodziła dziecko, dziewczynkę. Rodzice chcieli, aby jego płeć była niespodzianką, więc nie szykowali imienia. W końcu aby mnie uszczęśliwić zapytali mnie o zdanie. Powiedziałam, że Jean. Sądzę, że powinnam nazywać się Jean. Po mojej siostrzyczce. - spojrzała w szybę, a ja poczułam gulę w gardle. - Była dla mnie całym światem, opiekowałam się nią gdy była chora, brałam na spacery. Ale straciłam z nią kontakt. Pewnie to już przebolała i wciąż żyje szczęśliwym życiem, beze mnie.
Claudine była bystra, od razu zrozumiała, że Kathlyn jest moją siostrą. Nie zadawała pytań. Nic nie mówiła. Chciałam ją za to ucałować.
Wiedziałam, że muszę to powiedzieć, muszę jej zdradzić kim jestem.
Samotna łza poleciała po policzku Kathlyn. Nie, Jean.
- Kochanie. - wytarłam wodę z jej twarzy. - Wiele rzeczy można o mnie powiedzieć, ale z pewnością nie to, że żyję szczęśliwie.
Ze stojeckim spokojem obserwowałam zmiany na jej twarzy.
Szok, niedowierzanie, ból, radość, szok.
- Jean? - spytała ostrożnie, jakby ze strachu, że zaraz się rozpadnę.
- Nie, nie jestem już Jean. Byłam nią, kiedyś. Zanim dowiedziałam się, co mama ze mną zrobiła. Teraz jestem Alexia. Moje imię przypadło tobie. - czułam, że rozpadam się na kawałki, jednak ciągnęłam to. - Powinnaś zapomnieć o przeszłości, o nas. Obie się zmieniłyśmy i nie powinnyśmy udawać, że nie.
Spojrzała na mnie bystrym spojrzeniem i podała mi rękę.
- Cześć, jestem Jean. - uśmiechnęła się szeroko. Był to sztuczny uśmiech. W oczach widziałam ból.
- A ja Alexia. - odpowiedziałam. - A ten potwór tu to Claudine. - złapałam za dłoń byłej siostry. - Witaj na pokładzie.
________
* - A jaka jest twoja definicja życia Lisso?
Dedykuję ten rozdział wszystkim czytelniczkom "Letnich Cieni" Ludki666 i agnes_ki (Moje boginie *.*)
NN - 5.08