wtorek, 20 sierpnia 2013

Rozdział V

Rozdział V

Obudziłam się z mocnym bólem głowy. Otworzyłam oczy. Światło z okna padało wprost na moją twarz. Zacisnęłam powieki i syknęłam z bólu.
Usłyszałam jak ktoś wchodzi do pokoju i trzaska drzwiami. Syknęłam ponownie. Jego kroki dudniły w mojej głowie jakby ktoś puścił je przez megafon.
Wyczułam męskie perfumy. Zmarszczyłam nos. Usiadł na łóżku, na którym leżałam.
- Zasłoń te cholerne zasłony. - modliłam się aby posłuchał. Siedzieliśmy chwilę w ciszy, następnie znów uderzał obcasami o drewnianą podłogę nasilając mój ból.
Otworzyłam ostrożnie jedno oko.
Mężczyzną tym był Eric.
- Wyglądasz jak wrak człowieka. - westchnął i podał mi kubek jakąś cieczą, ni to cola ni to woda. Wypiłam nieufnie.
- To ty mi to zrobiłeś. - odsunęłam się i z całej siły uderzyłam głową o ścianę. Krzyknęłam. Zaraz potem złapałam się za głowę. Krzyknęłam zbyt głośno.
- Nie, to ty to sobie zrobiłaś. - poprawił mnie j przeczesał mi włosy. Odsunęłam się w bok. Z zrezygnowaniem opuścił rękę.
- Co z wczoraj pamiętasz? - spytał.
- Upiłeś mnie.
- Ale to ty do mnie przyszłaś.
- To NIE zmienia faktu, że mnie UPIŁEŚ.
- Nie protestowałaś gdy ci nalewałem. - wyglądał na nieźle rozbawionego.
Jego argumenty były mocne, chociaż wiedziałam, że zrobił to celowo.
- Gdzie jesteśmy? - zmieniłam temat rozglądając się.
- Wciąż na statku. - wzruszył ramionami i uśmiechnął się.
- Wychodzę.
- Niestety, najbliższy port za kilkanaście godzin.
- Nie mówiłam o tym, dupku. Wychodzę z tego pomieszczenia.
- W tym stanie? - zaśmiał się pod nosem.
- Jakim tym?
Eric podał mi lusterko. Spojrzałam na swoje odbicie oniemiała. Włosy wróciły do swojego naturalnego koloru i wydłużyły się o jakieś piętnaście centymetrów. To był pieprzony sen. Jednak nie zauważyłam reszty zmian. Pod moimi oczami wisiały wielkie, sine wory, a skóra lekko zbladła. Pewnie z przemęczenia czy czegoś tam.
Przymknęłam powieki i powstrzymałam się przed pełnym złości sapnięciem.
- Przemknę do swojego pokoju. Nikt mnie nie zauważy, spuszczę głowę. - wzruszyłam ramionami jak on zwykł to robić.
- Droga wolna. - uśmiechnął się i otworzył mi drzwi.
Słońce mnie paliło w oczy. Biegłam na oślep.
Dotarłam do biedniejszej części statku i przekraczając próg weszłam w sam środek kłótni C i Jean.
- A jak jej się coś stało?! - krzyknęła Claudine.
- Ciszej! - syknęłam i złapałam się za głowę. Dziewczyny spojrzały na mnie, a ja na nie. Kathlyn się zamartwiała, a Martha wiedziała co się ze mną dzieje. Mogłam to wyczytać z ich mimiki.
- Widzisz? Wszystko w porządku, nie zadręczaj się. - J przytuliła najstarszą. Wkurzyłam się. To ja tutaj jestem tą poszkodowaną, nie ona.
- Właśnie, że nie. Nie wyjaśniłam wam czegoś... - zaczęła. O o. Coś złego?
- Czego? - drżałam z gniewu. Towarzyszka najwyraźniej pominęła coś istotnego, coś co doprowadziło mnie do tego godnego pożałowania stanu.
- Co wiesz o wampirach, kochanie? - spytała i posadziła mnie na fotelu, a ona zaś usiadła na jego oparciu.
- To złe, krwiożercze gnojki bez duszy. - powiedziałam, a głowa mi pulsowała.
- A jak się przemienić w wampira?
- Umrzeć z jego krwią w organizmie? - nie byłam pewna swojej odpowiedzi. C pokręciła głową. Zaczynałam powoli kojarzyć fakty.
- Niektóre osoby są mniej, a niektóre bardziej podatniejsze na przemianę. My - zakręciła ręką w koło. - jesteśmy naznaczone, czyli, że wraz z pojawieniem się tatuażu jesteśmy najbardziej podatne na każdą zmianę. Likantropiczną czy wampiryczną. Bez znaczenia. A przemiana zachodzi w momencie, w którym do ciała osoby przemienianej dostanie się chodź kropla krwi wampira lub ślina wilkołaka. Nie ważne czy dożylnie, czy drogą ustną. Ważne, że się dostanie. Teraz zależy od ilości tej krwi. Jeśli była to kropla bądź dwie, to okres przemiany będzie znacznie dłuższy i bardziej bolesny. Jeśli zaś krwi było więcej człowiek staje się wampirem w niecałe dwie godziny. - zakończyła wykład. Chciałam się spytać skąd to wie, ale pierw musiałam zasłonić te cholerne okna. Wstałam i podeszłam do zasłonki. W tym momencie osunęłam się na ziemie. Ostry kaszel zajął moje gardło. Zakryłam ręką usta. Poczułam na coś mokrego. Spojrzałam na dłoń. Krew.
Kaszlałam krwią!
- Al, Al! - usłyszałam C. - Trzymaj się.
- Czego mam się trzymać? - spróbowałam zażartować. Jednak nie udało mi się, ponieważ ponownie zaniosłam się kaszlem.
- Nie umieraj mi tutaj. - dziewczyna ścisnęła moją dłoń. Bolało. Zauważyłam w jej oczach łzy.
- Och C, znalazłaś mnie przy moim początku, zostań ze mną przy moim końcu. - zaczęłam majaczyć.
- Pokój! W którym pokoju jest ten wampir?! - krzyknęła przerażona Jean.
- Nie wiem. Nie pamiętam - odpowiedziałam szczerze, zaraz jednak mój umysł nawiedziła wizja drzwi z plakietką... - Dziewięćset dwadzieścia dziewięć. - wydusiłam przed kolejną serią kaszlu.
Leżałam tak na podłodze, w małej kałuży krwi. Koło mnie siedziała Claudine z jej oczu płynęły łzy.
Nie wiem ile czasu minęło. Może dziesięć minut? Może zaledwie dziesięć sekund? Sama nie wiem kiedy zaczęło mi się kręcić w głowie, aby się czymś zająć zaczęłam liczyć kaszlnięcia.
Jeden... Dwa... Trzy... Cztery...
Drzwi się otworzyły. Zapach znajomych mi perfum uderzył w moje nozdrza.
Pięć... Sześć... Siedem... Osiem...
Ktoś mnie podniósł, czułam nacisk muskularnej klatki piersiowej. Zostałam ułożona na łóżku.
Dziewięć... Dziesięć... Jedenaście... Dwanaście...
Zaczęłam dławić się krwią.
Trzynaście... Czternaście... Piętnaście... Szesnaście...
Leżałam spokojnie, cała zakrwawiona na łóżku i czekałam na rychłą śmierć. Oczekiwałam jej ze spokojem. W końcu uwolnię się od tego bagna.
Siedemnaście... Osiemnaście... Dziewiętnaście... Dwadzieścia...
Zamknęłam oczy, moje serce zwalniało. Wsłuchiwałam się w jego rytm.
Jedno uderzenie, drugie, trzecie.
Bicie ustało. Umarłam.

****** CLAUDINE ******

Dotknęłam policzka Alexii swoją dłonią. Bałam się, że ją skrzywdzę chociażby najdelikatniejszym ruchem. Nie poruszała się. Strużka krwi płynęła od kącika jej ust ku jej ciemnym, aksamitnym włosom. W kół niej było mnóstwo czerwieni. Biała, letnia sukienka i prześcieradło zostało przebarwione przez ciecz. Z chęcią zabiłabym drania, jednak był on jej potrzebny. Dziewczyna potrzebowała stwórcy.
Mężczyzna stał w kącie pokoju obserwując nas spokojnie. Zauważyłam, że jego wzrok spadł na moje przedramię, szybko je zasłoniłam.
Uniósł brew i wyjął ręce z kieszeni. Podszedł powoli do łóżka Jean i pogładził jej włosy. Złapałam go za rękę.
- Nie dotykaj jej. - syknęłam niebezpiecznie.
- Jest M O J A. Będę ją dotykał. - wyrwał dłoń i wrócił do czynności.
- Znienawidzi cię za to co jej zrobiłeś. - stwierdziłam próbując przybrać obojętny ton.
Usłyszałam cichy śmiech.
- Nikt nie kazał jej gryźć mojej wargi podczas pocałunku.
Jego słowa zaskoczyły mnie. Nigdy bym nie podejrzewała, że moja mała siostrzyczka będzie się całowała z kimś obcym.
- TY SKUR... - uniosłam dłoń aby wymierzyć mu siarczystego policzka.
- Stop. - lekko zachrypły głos dobiegł mych uszu.

****** Alexia ******
Odzyskałam przytomność, jednak nie miałam siły się ruszyć. Wszystko mnie bolało. Usłyszałam głos Marthy.
- Nie dotykaj jej.
- Jest moja. Będę ją dotykał. - Eric pogładził moje włosy.
- Znienawidzi cię za to, co jej zrobiłeś. - huh, znowu Claudine.
Cichy śmiech połechtał moje uszy, był jak aksamit.
- Nikt nie kazał jej gryźć mojej wargi podczas pocałunku.
No to już jedna zagadka rozwiązana, a mianowicie: "Jak to się do cholery stało?!"
Uchyliłam powiekę. Towarzyszka stała w bojowej pozie i unosiła dłoń.
- TY SKUR...
- Stop. - wydusiłam z siebie. Mój głos był inny. Zimniejszy.
Wszystkie pary oczu zwrócone były w moją stronę. Chciałam się schować pod kołdrę. Pierwszą osobą, która podeszła do mnie był blondyn.
Uśmiechnęłam się smętnie. Jednak wciąż tu jestem. Chyba nic już mnie nie uratuje. No cóż, złego diabli nie biorą.
- Co wy tu robicie? - zakasłałam. - Miałyście wysiąść w Anglii.
- Tak bez ciebie? - Jean odezwała się na tyle głośno, aby moja głowa znów mnie zabolała. Odruchowo podniosłam rękę, aby przetrzeć czoło. Eric zauważył ten gest.
- Musicie być ciszej. Ona dopiero co przyzwyczaja się do nowego ciała. - powiedział kojąco.
Claudine odwróciła głowę w bok tak, że jej szyja była pięknie eksponowana, aby spojrzeć na Kathlyn, która dopiero zrozumiała co się stało. Zrozumiała, że już nigdy nie będę jej młodszą siostrzyczką.
Moja górna warga uniosła się mimowolnie. Mój stwórca przypatrywał się mi. Zauważył również ten ruch.
Podsunął się na łóżku w moją stronę i zamachał mi ręką przed oczami. Zbliżył usta do moich uszu, tak, że czułam jego gorący oddech.
- To jest twoja przyjaciółka, nie obiad. Będziesz się obwiniać. - te słowa chodź brzmiały kojąco były stanowcze. Natychmiast zasłoniłam ręką usta. Przeczekałam kilka sekund, uspokoiłam się.
- To gdzie wysiadamy? - nie przyzwyczaiłam się do nowego głosu, był oziębły.
- Kupiłam nowe bilety. Za kilkanaście minut ponownie zawitamy u wybrzeży Anglii. - Claudine pomachała mi jakimiś papierkami przed twarzą.
- To dobrze, dotrzecie do schronu. - ucieszyłam się. - A my? - spojrzałam na Erica.
- Też Anglia. - wzruszył ramionami.
Wtuliłam się w jego ciało. Uniósł w zaskoczeniu ręce, chwile później położył je na moich plecach.
Może wieczność nie będzie taka zła?
_________

Ktoś to jeszcze czyta? xd

sobota, 10 sierpnia 2013

Rozdział IV

                              ROZDZIAŁ IV
- Co będziemy dzisiaj robiły, móżdżku?* - spytałam żartobliwie Claudine, która patrzyła na zachodzące słońce.
- To co zwykle, Pinkey. Będziemy próbowały dotrzeć do schronu. - mrugnęła do mnie, ale mój dobry humor znikł.
Towarzyszka od kilku dni mówiła nam o wielkim schronie. Znajdował się on gdzieś w Anglii. Twierdziła, że tam zjeżdżają się wszyscy ścigani przez wampiry. Nie wierzyłam, że coś może nas od nich uratować, ale Jean zaraziła się ekscytacją Claudine. Obie dogadywały się doskonale, zazdrościłam im tej relacji. Były niczym siostry. Jean nawet zdołała namówić ją na przefarbowanie się na brąz po tym jak Martha spanikowała i odwołała wizytę, na którą ją umówiłam.
Zrobiły to podczas pobytu w nadmorskim miasteczku. Wyślizgnęły się z motelu rano i poszły do fryzjera. Kiedy wróciły wygłosiłam im długi i wyczerpujący wykład na temat tego co mogło się stać. Dziewczyny pokornie skinęły głową i chichotały pod nosem.
- Ty naprawdę w to wierzysz. - powiedziałam cicho, ledwo słyszalnym szeptem.
- A no. Wierzę. Mam nadzieję, że to będzie dobry wybór. - spojrzała na mnie nieprzytomnie. - Jutro rano statek powinien dotrzeć do brzegu kraju. Vanem dostaniemy się do małego miasteczka pod Londynem. W tym miasteczku czeka na nas dobrobyt.
- Mówisz jak w Residencie Evilu o Arkadii. - spróbowałam zażartować, ona jednak rzuciła mi poważne spojrzenie.
- Być może, że to będzie nasza arkadia.
Przewróciłam oczami. Zauważyłam przy tym, że Jean przeszła choroba morska. Maszerowała do nas pewnym krokiem.
- Hej, piękne. - mrugnęła do mnie i przytuliła Claudine. - Co tam szemrałyście?
Spojrzałyśmy na siebie, ja i moja rozmówczyni, ja i moja mentorka.
- Piękny zachód. - powiedziała szatynka wskazując na czerwone kółko na horyzoncie. - Uwielbiam zachody.
- A ja kocham wschody. - uśmiechnęła się Jean i uszczypnęła Marthę, zmiana tematu podziałała.
Nie chciałam tego oglądać, poczułam ukłucie zazdrości.
Takie sceny zbyt często pojawiały się przed moimi oczami.
Wbiegłam do baru mieszczącego się w środku luksusowego statku. Podeszłam do lady.
- Whiskey. - machnęłam ręką na barmana, on uniósł brew.
- Dowód? - spytał czyszcząc szklanki. Cholera! Zostawiłam fałszywe papiery w bagażu, który teraz był w pokoju. Westchnęłam.
- Colę z cytryną i lodem.
Mężczyzna uśmiechnął się i zaczął kroić cytrynę, oderwałam wzrok od jego sprawnych dłoni i spojrzałam na drzwi, które otworzyły się z hukiem. W nich stał chłopak o włosach koloru ciemnego blondu. Wykrzywił usta w pół uśmiechu i ruszył w moją stronę. Na jego twarzy widać było ślady jednodniowego zarostu. Piwne oczy przewiercały mnie na wylot. Usiadł z gracją na stołku i zamówił dwie whiskey.
- Nie masz ochoty na czegoś mocniejszego niż to? - wskazał ruchem głowy szklankę z colą stojącą przede mną. Zaczerwieniłam się.
- Jasne. - odpowiedziałam uśmiechając się.
- A skończyłaś chociaż osiemnaście lat? - wyszczerzył zęby i machnął ręką na barmana mówiąc "dwie whiskey".
- Oczywiście, że tak. - skłamałam gładko. - Ale papiery zostały w pokoju. - nachmurzyłam się.
- Rozumiem. - powiedział po czym zamyślił się. Wyciągnął papierosa.
Złapałam jego rękę zanim wsadził go do ust.
- Możesz sobie palić gdzie chcesz, ale nie rób tego przy mnie. - rzuciłam mu spojrzenie z ukosa.
Wzruszył ramionami i schował fajkę do paczki.
- Niektóre dziewczyny sądzą, że facet jest bardziej męski z papierosem. - powiedział wyzywającym tonem.
- Niektóre dziewczyny marzą aby porwał je jakiś smok, chociaż nie są już dziewicami.
Nieznajomy zaśmiał się cicho. Jego głos brzmiał jak aksamit, a śmiech powodował zawroty głowy.
Złapał za małą szklankę stojącą na barze.
- Zdrowie.
Wypił ją jednym haustem. Próbowałam podążyć w jego ślady. Przełknęłam płyn. Zaraz po tym od środka ogrzał mnie żywy ogień. Zmrużyłam oczy.
- Dobre. - wykrztusiłam.
- Chodźmy stąd lepiej zanim twoi opiekuni się tu zjawią i nie zrobią mi problemów.
Oh tak, Claudine potrafi narobić hałasu o byle co. Spojrzałam tęsknie na szklankę coli. Olałam ją.
Nieznajomy zostawił na ladzie 10 dolarów.
Mężczyzna zaprowadził mnie na dziób statku.
Zimny wiatr smagał mnie po twarzy, a piana z wysokich fal dosięgała czasem mojego ciała.
- Jak się nazywasz?! - krzyknęłam, aby mój głos przebił się przez ten zgiełk.
- Co?!
- Imię! - powtórzyłam przykładając mu usta do ucha.
Kiwnął głową na znak zrozumienia i wciągnął mnie do środka statku.
- Eric DeVallo.
Otrzepał czarny garnitur z kurzu.
- Jestem Eric DeVallo, a ty, ptaszyno?
Myślałam, że serce wyskoczy mi z klatki kiedy z jego ust wyszło słowo ptaszyna.
- Alexia. Alexia Centy.
- Mmmm... - zamyślił się. - Alexia. - moje imię wypowiedział powoli i z czułością, jakby je smakował. - Podoba mi się.
- Mi też. - przyznałam i skarciłam się za to, że mój wzrok ciągle spadał na jego usta.
Nagle poczułam jego wargi na swoich złączone w pocałunku. Pocałował mnie! W mojej głowie myśli huczały. Przechylił moją głowę do tyłu tak aby moje usta otworzyły się szerzej. Ugryzłam jego wargę. Poczułam lekki metaliczny posmak.
Po kilkudziesięciu sekundach niechętnie oderwałam się od niego. To pytanie cisnęło mi się na usta, nie zdążyłam go zatrzymać:
- Dlaczego to zrobiłeś?
- Co zrobiłem, ptaszyno? - podniósł brew.
- Dlaczego mnie pocałowałeś? - dotknęłam ręką warg.
- Dałaś mi zielone światło, widziałem to w twoich oczach. - mrugnął do mnie.
Odwróciłam się w stronę drzwi wyjściowych z pomieszczenia. Po chwili ponownie spojrzałam na miejsce gdzie stał Eric. Już go nie było. Zniknął.
Rozejrzałam się uważnie, za gaśnicą ktoś wcisnął kartkę.
"543-234-574 Zadzwoń, ptaszyno."
Schowałam kartkę do kieszeni i wesołym krokiem udałam się do pokoju, który dzieliłam z Claudine i Jean.
Otworzyłam drzwi. Moje towarzyszki siedziały na łóżku oglądając telewizję i jedząc czipsy.
- C, potrzebuję komórki. - powiedziałam łapiąc się pod boki.
- Naprawdę? - uniosła brew.
- Tak, potrzebuję jej teraz.
Dziewczyna zaśmiała się.
- Skąd ci teraz wezmę telefon? - spytała rozbawiona.
- Daj swój. - zażądałam. - Muszę zadzwonić.
Jean przyglądała się temu z iskierkami w oczach.
- Jeśli dam ci telefon to dasz nam spokój na godzinę? - wzięła małego samsunga do ręki.
- Dam. - oznajmiłam spokojnie i wyciągnęłam dłoń.
- A co z twoją komórką? - Jean postanowiła się wtrącić.
- Nie twoja sprawa. - pokazałam jej język. W tym momencie rzuciła we mnie poduszką. - Dobra, dobra! Kapituluję! Jest rozładowany, a ja musze zadzwonić!
Martha podała mi telefon.
- Nie wracaj przed... - spojrzała ukradkiem na zegar. Była 23. - Przed północą.
- Dobrze, mamo. - westchnęłam i wystukałam numer telefonu.
Po pięciu sygnałach usłyszałam głos, którego nigdy bym nie pomyliła:
- Mam W A K A C J E, więc jeśli dzwonisz w sprawach S Ł U Ż B O W Y C H to równie dobrze możesz się rozłączyć.
- Nie, to nie są sprawy służbowe. - powiedziałam lekko.
- Ah, ptaszyna. Nie możesz beze mnie wytrzymać? - usłyszałam lekką drwinę.
- To było niemiłe. Tamto zniknięcie.
Przycisnęłam telefon mocniej do ucha.
Usłyszałam westchnięcie.
- Lubię znikać. Wydaję się wtedy tajemniczy.
Nie powstrzymałam się przed parsknięciem.
- Tak, bardzo tajemniczy. A tak w ogóle, gdzie masz pokój? Chętnie bym zajrzała i pogadała. O ile masz mini barek.
- Pierwsza klasa, na piętrze, numer dziewięćset dwadzieścia dziewięć.
Chwila przerwy.
- Będę czekać, do zobaczenia.
I rozłączył się. Stałam chwilę w holu i ruszyłam ku przygodzie do pokoju dziewięćset dwadzieścia dziewięć.
Stanęłam przed dużymi, połyskującymi drzwiami z tabliczką "Pokój 929". Wzięłam oddech i podniosłam dłoń aby zapukać. Eric otworzył drzwi i zaprosił mnie do środka.
- Nie przywitasz się? - podniosłam brwi.
- No tak, tak dawno się nie widzieliśmy, że muszę się witać. - przewrócił oczami.
Udając urażoną usiadłam na łóżku. Mój szósty zmysł mówił mi, że coś się dzieje. Głosik z tyłu głowy krzyczał abym uciekała.
Podszedł do mnie i kucnął aby spojrzeć mi w oczy. Od razu się odprężyłam. Do ręki wciśnięto mi szklankę z alkoholem.
- Dlaczego mnie pocałowałeś? - powtórzyłam pytanie i wzięłam łyka czegoś gorzkiego. Głosik został stłumiony. Yay!
- Nie wiem. Nudziło mi się. - powiedział i uśmiechnął się.
- Dlatego zniknąłeś? Znudziłam ci się? - poczułam się skrzywdzona. Miałam nadzieję, że ten pocałunek coś znaczył.
Z żalem opróżniłam naczynie.
- Tak. Znudziłaś. - usiadł koło mnie.
- To dlaczego zostawiłeś mi swój numer? - w moim sercu zakwitła nadzieja.
- Nie wiem. Zwykły kaprys rozpieszczonego dwudziestolatka. - wzruszył ramionami. Do oczu napłynęły mi łzy. Eric dolał mi napoju.
Z płynem w ręku rozejrzałam się po pokoju. Był ogromny.
Wzięłam następne łyki. Kiedy szklanka ponownie była osuszona dostałam dolewkę. Ten proces powtarzał się aż w końcu straciłam świadomość. Ale tyś głupia, Jean. Nie, nie Jean. Alexia.