Siedem dni temu pożegnałam się z Claudine i Jean. Nie obyło się bez ich płaczu. Ja pozostałam niewzruszona.
Teraz wraz z moim stwórcą przemierzaliśmy drogi małych miasteczek w Anglii.
Przez kilka godzin jechaliśmy w milczeniu, nienawidziłam ciszy, postanowiłam ją przerwać:
- Długo jeszcze? - mruknęłam pod nosem, wiedziałam, że mnie usłyszy.
- Godzinę, góra dwie. - odpowiedział i położył swoją dłoń na moim udzie.
- Kierownica. Dwie ręce na kierownicy. - powiedziałam ostro.
Spojrzał na mnie i wyszczerzył się ukazując dwa ostre kły.
- Oczywiście. - usłyszałam lekką drwinę.
Pacnęłam go w jego blond czuprynę.
- Nie śmiej się ze mnie.
Położył dłoń na piersi.
- Nie śmiałbym. - jego poważny ton wywołał u mnie salwę śmiechu.
Eric był zdecydowanie lepszym towarzyszem niż Martha.
- Ale naprawdę mamy jeszcze siedzieć tutaj godzinę? - jęknęłam.
- Nie. - zatrzymał auto przed małym domkiem. - Jesteśmy na miejscu.
Siedziałam chwilę z otwartymi ustami. To jest miejsce, do którego jechałam 7 dni? Zabijcie mnie, proszę. Mogę nawet sama wystrugać kołek!
- Nie pieprz. - modliłam się, aby to nie była prawda.
- Nie narzekaj tylko chodź. - uśmiechnął się tajemniczo. Coś ty planował?
Słońce nieubłagalnie raziło mnie w oczy. Lekko się chwiejąc podreptałam do drewnianego ganku. Towarzysz otworzył mi drzwi i pomógł przejść przez próg. Klimatyzacja w tym domu przywróciła mi chęć życia. Usiadłam na fotelu bujanym i westchnęłam.
- Nie idziesz dalej? - spytał i uniósł brew.
- Gdzie dalej? Przecież to jest za małe aby mieć coś "dalej". - zadrwiłam.
- No nie sądzę.
Po tych słowach wsunął kluczyk do szafy i przekręcił go trzy razy. Drzwi się otworzyły, a w nich była winda.
Szczęka mi opadła.
- To co? Zostajesz tu?
- Nie! - krzyknęłam i pędem rzuciłam się ku zamykającym się drzwiom.
Rozglądałam się zaciekawiona.
- Nic nadzwyczajnego. Zwykła winda. - wzruszył ramionami.
Miał rację. Cicha, nudna muzyczka leciała z małego głośnika, otaczały nas lustra, a przycisk był jeden, "Góra".
- Góra? - zaśmiałam się.
- Shhh... - uciszył mnie, w tym momencie drzwi otworzyły się. Podziemna baza! Woah! -Okej, słuchaj mnie. Pójdziesz teraz do recepcji i powiesz do wampira stojącego za biurkiem, że przysłał cię Eric. On da ci klucz i instrukcję jak dojść do pokoju, w którym zamieszkasz. Potem spotkamy się na stołówce, ptaszyno. - pocałował mnie w czoło i poszedł w stronę skrzydła B, jak obwieszczała tablica informacyjna.
Podeszłam bliżej i zauważyłam wielki napis "RECEPCJA" i strzałkę w prawo, tam więc poszłam.
Kilka minut i zakrętów dalej zauważyłam wielki hol. Wiele osób przesiadywało tam w tym momencie. Rozmawiali, śmiali się, pili. W skrócie: robili to, czego wzbraniałam się podczas uciekania przed nimi. Nie wiedziałam, że będą chcieli zrobić ze mnie coś lepszego.
Przechodząc przez sam środek zgiełku czułam się pewnie. Może dzięki temu, że Eric zafundował mi nowe ubrania, które doskonale pasowały do mojej cery, która chociaż jaśniejsza, to wciąż kontrastowała z bielą innych wampirów.
Długie, swobodnie opadające włosy zakręciłam lokówką. Byłam piękna.
Kiedy stanęłam przed niską blondynką z plakietką "Jeanice" zarzuciłam ręką kilka pasm do tyłu.
- Przyszłam po kluczyk do pokoju. - wydęłam wargi.
- Ah, nowa. - uśmiechnęła się promiennie pokazując kły. - Stwórca?
- Eric DeVallo. - przeciągnęłam te słowa delektując się reakcją otoczenia na nie. Niektóre wampiry będące blisko mnie wzdrygnęły się.
Zauważyłam, że jego nazwisko wywarło również na nią wpływ.
- Twoje imię?
- Alexia.
Blondynka szybko przejrzała listę.
- Przykro mi, nie ma cię tutaj.
Wyrwałam jej kartkę z dłoni. Znalazłam swoje prawdziwe imię.
Wskazałam jej palcem "Jean"
- To ja, ale... - urwałam. Po co ja się jej tłumaczę?
- Przykro mi, muszę wezwać przełożonego, aby...
- Przykro mi, muszę wezwać stwórcę. - westchnęłam. Miałam nadzieję, że ta groźba jakoś na nią zadziała. Tak się stało.
- Dobrze, już daję kluczyk, tylko proszę, nie.
Zaśmiałam się, kim był Eric?
Z jej ręki wyrwałam kartę z przyklejoną kartką "929".
Wspomnienia wróciły.
- Dzięki. - uśmiechnęłam się promiennie i wzięłam broszurę z nadrukowanym planem budynku.
Przyjrzałam się obrazkowi. Te bohomazy nic mi nie mówiły, spojrzałam na legendę:
"POKOJE OD 500 DO 1000 - ERIC DEVALLO
POKOJE OD 1001 DO 1101 - MAURELLA
POKOJE OD 1102 DO 1202 - KASPIAN RENTER"
Więc należę do sekcji Erica.
"POMIESZCZENIA OD 1 DO 20 - POKOJE DLA KARMICIELI
POMIESZCZENIA OD 21 DO 25 - POKOJE DLA SŁUŻBY
POMIESZCZENIA OD 26 DO 40 - SIŁOWNIE
POMIESZCZENIA OD 41 DO 60 - SALE LEKCYJNE"
Co? Sale lekcyjne?
"POKOJE OD 61 DO 90 - POKOJE DLA PRACOWNIKÓW
POKOJE OD 91 - 150 - POKOJE DLA STARSZYZNY/ZAKAZ WSTĘPU
POMIESZCZENIA OD 151 DO 499 - MIEJSCA SPOTKAŃ/REKREACJI"
Odwróciłam biuletyn na drugą stronę.
"Osoby przemienione, które w czasie przemiany nosiły znak łzy zostaną poddane treningowi. Więcej dowiecie się u swojego stwórcy;
Osoby, u których znak łzy po przemianie nie znikł proszone są o zgłoszenie się do starszyzny;
Osoby będące w jakikolwiek sposób zagrożeniem dla życia społeczności zostaną zabite;"
Ooo już się boję - pomyślałam sztucznie ziewając.
Ciągle wpatrzona w kartkę przemierzałam mroczne korytarze "Podziemnego Królestwa" - jak to zaczęłam nazywać to miejsce.
Wielka, brązowa tabliczka z białymi napisami:
"ERIC DEVALLO
500-1000"
przekonała mnie, że jednak się nie zgubiłam. Drzwi do pokoi ustawione były w równych odstępach na obu ścianach. Pokój 500 umiejscowiony był naprzeciw 501, 502 naprzeciw 503 i tak dalej.
Maszerowałam skupiona na kartce papieru, nagle coś mi zaświtało! Od czasu przemiany nie zaglądałam na ramię. Może wciąż mam tam małą, czarną łzę?
Delikatnie podwinęłam rękaw bluzki i przyjrzałam się skórze. To wciąż tam było. Nie zdziwiłam się. Czułam, że jestem lepsza od reszty.
Obróciłam głowę w bok. Duże, mosiężne drzwi umiejscowione były po mojej lewej stronie. Na nich zawieszona była tabliczka "Eric DeVallo". Huh, jego pokój.
Zapukałam dwa razy. Drzwi się uchyliły.
- Ptaszyna. - zdziwił się. - Nie spodziewałem się ciebie.
- Może wiesz, może nie, ale miałam tą bliznę. W kształcie łzy. Ona wciąż jest na moim ramieniu.
Oczy mu się rozszerzyły. W tym momencie patrzył na mnie w taki sam sposób, jak dziecko na prezent, który wciąż nierozpakowany leży pod choinką.
Usłyszałam jak mówi pod nosem coś w stylu "Jest! Wreszcie ktoś mój"
- Możesz mi pokazać tatuaż? - wyciągnął dłoń i złapał mnie za rękę. Zawahał się, jakby bał się, że zniknę. Obrócił ją delikatnie i zastygł wpatrzony. - Alexio, zadziwiasz mnie coraz bardziej. Jutro udamy się do starszyzny i opowiemy jej o tobie. Do tego czasu udaj się do swojego pokoju i rozpakuj rzeczy. Zajdę do ciebie i udamy się na stołówkę. Jesteś w pokoju 929, tak? - uśmiechnął się kiedy kiwnęłam potakująco głową. - Będę około 19.
- Ok. - uśmiechnęłam się i zawróciłam.
Przesunęłam kartę przy zamku. Usłyszałam pstryknięcie i drzwi się otworzyły. Weszłam do środka apartamentu. Wielki telewizor, wielkie łóżko, wielka sofa. Wszystko było wielkie.
Na środku białego, puchatego dywanu stała zielona, ubłocona walizka.
Podeszłam do niej i przytuliłam ją.
- Tęskniłam, skarbie.
Rozpięłam jej zamek i wypakowałam ubrania. Znajdowały się tam również dodatki od mojego stwórcy.
Kiedy zapełniłam wszystkie szafy wsunęłam ją pod łóżko dając buziaka na pożegnanie.
Teraz wystarczy położyć się i zaczekać na Erica. Zamknęłam oczy, tak na chwilę.
Głośne pukanie obudziło mnie, szybko zerwałam się z łóżka. Przy wstawaniu potknęłam się o kołdrę i upadłam z łoskotem. Do mych uszu doszedł przytłumiony śmiech.
- NIE ŚMIEJ SIĘ! - krzyknęłam zdenerwowana, stłukłam sobie kolano.
Utykając dodreptałam do drzwi, uchyliłam je. Na korytarzu stał nie kto inny jak uśmiechnięty blondyn.
- Czego się szczerzysz? - warknęłam.
- Świetna fryzura, nowy krzyk mody z Paryża? - zakpił.
- Co? - zdezorientowana odwróciłam się i spojrzałam w lustro. Każdy włos układał się w inną stronę.
Sięgnęłam po szczotkę leżącą na fotelu i rozczesałam kosmyki.
- Może być proszę pana? - spytałam drwiąc.
- Tak. - odpowiedział w zamyśleniu. - Sądzę, że tak.
Złapałam go pod ramię i poszliśmy w stronę stołówki.
- Jak wygląda taka stołówka? - zaciekawiło mnie to.
- Ah, jak każda inna wampirza stołówka. Siadasz przy stoliku, podchodzi do ciebie karmiciel, gryziesz go. Musisz uważać aby twoja krew nie dostała się do ciała człowieka. Więc lepiej nie całuj się z pijanymi szesnastolatkami, gryzą. - pokręcił mi palcem, a ja podziękowałam za to, że jestem wampirem. W przeciwnym razie oblałabym się rumieńcem.
Od "stołówki" oddzielały nas szklane drzwi z czujnikiem.
- Przesuń swoją kartę przed tym urządzeniem. - poinstruował nie stwórca po czym sam zrobił jak mówił, szkło się rozsunęło i mężczyzna przeszedł przez dziurę. Zrobiłam tak samo.
W środku panowała atmosfera grozy. Jękom ludzi akompaniowały jęki wampirów. Moje kły mimowolnie się wydłużyły na zapach krwi.
Eric spojrzał na mnie i uśmiechnął się.
Zaprowadził nas do stoliku dla dwóch osób, więc to tak wampiry chodzą na randki. Ciekawe czy była to randka.
Rozejrzałam się i zauważyłam rudą czuprynę.
- C! - wymsknęło mi się. Kilka oczu odwróciło się na mnie. Eric warknął, a oni natychmiast wrócili do swoich czynności.
Kobieta, która skojarzyła mi się z Claudine miała rude loki, jednak była zdecydowanie wyższa od Marthy i patrzyła się na mnie brązowymi tęczówkami.
- Dzień dobry. Co podać? - spytała.
- Blondynka Rh - i brunet Rh +. - zamówił Eric.
- Dobrze, przyjdą za chwilę. - uśmiechnęła się i skinęła nam głową.
- Co bierzesz? - blondyn zaczął bawić się moimi włosami.
- Nie wiem. Niech będzie blondynka. - chciałam go zbyć, nie miałam ochoty na flirt. Byłam zbyt głodna.
- Rh -, dobry wybór.
Siedzieliśmy chwilę w ciszy. Usłyszałam kroki. Dziewczyna i chłopak stanęli za mną. Odwróciłam się i złapałam za dłoń blondynki.
Kiedy odchyliłam jej głowę zauważyłam, że ma na szyi znamię.
To znamię było mi bardzo znane. Odwróciłam ją tak, że mogłam spojrzeć w te karmelowe oczy i rozpoznać kim była.
- Clemence. - wyszeptałam samym ruchem warg.